Znajdź na blogu...

sobota, 24 sierpnia 2013

Wegański fast food - TORTILLA

A co! Nie można jeść TYLKO zdrowo; raz na jakiś czas wrzucamy sobie taki "fast food", bo równowaga musi być ;)

Potrzebne są - same niezdrowe rzeczy :)) czyli wszystko z puszki, konserwowe i gotowe :D

I robimy tak:

Puszka czerwonej fasoli, kilka ogórków konserwowych, cebulka prażona, zielony wypełniacz - sałata (coś zdrowego :))
 i sosik super speed czyli 2 łyżki musztardy i chlust ketchupu
Do tego placki tortilla, oczywiście gotowe - z "Biedronki" sprawdzone - wegańskie
Wszystko w misce wymieszać i zawijać w ogrzane tortille

I gotowe :)

POPIJAĆ WINEM, KONIECZNIE CZERWONYM :D

czwartek, 22 sierpnia 2013

Wegańskie śniadanie - NALEŚNIKI Z BANANAMI :)

Naleśniki jedliśmy zawsze. Takie tradycyjne - mąka, cukier, mleko, woda i oczywiście jajko. Cukier wyleciał z nich już dawno, w zupełności wystarczają nam słodkie dodatki. Natomiast kwestia naleśników po przejściu na weganizm była jedną z tych, które krzyczały w mojej głowie - o nie, nie możesz zostać weganką, przecież nie możesz żyć bez naleśników!!! Wydawało mi się jeszcze wtedy, że naleśniki bez jajka nie mogą się udać, po prostu nie ma takiej opcji..

Okazało się, że - TAK, MOŻNA ZROBIĆ NALEŚNIKI BEZ JAJEK - I TO PYSZNE i ELASTYCZNE! :))

I wiecie co? Nie zawracałam sobie w ogóle głowy szukaniem tajnych i sprawdzonych przepisów ani żadnymi próbami zastępowania czymś-tam tego nieszczęsnego jajka. Pierwsze wegańskie naleśniki zrobiłam TAK SAMO JAK WSZYSTKIE WCZEŚNIEJ, tyle że z mlekiem sojowym i z pominięciem jajka - PO PROSTU :) I to są naleśniki, które ZAWSZE SIĘ UDAJĄ!

A mój super tajny ;) sposób na WEGAŃSKIE NALEŚNIKI to:

- 2 miarki mąki 
- 1 miarka mleka roślinnego (u mnie najczęściej sojowe)
- 1 miarka wody
- I tyle :) 

Wymieszać porządnie na gładkie, lejące się ciasto - jak to ciasto naleśnikowe - i smażyć na średnim ogniu na 2 patelniach równocześnie, żeby móc jak najszybciej dobrać się do nich :) 
Ja przed pierwszym naleśnikiem wlewam na patelnię kroplę oleju, resztę smażę już "na sucho". 
Ciasto bez cukru nie przypala się tak szybko, więc naprawdę łatwo smaży się w ten sposób. 
Oczywiście, NAJWAŻNIEJSZA JEST PATELNIA ale to każdy naleśnikożerca wie i ma odpowiednią :)

I teraz ważna uwaga - jeśli użyjemy mąki pszennej pełnoziarnistej, orkiszowej czy innej "grubej",  trzeba dolać trochę więcej wody, bo te mąki trochę więcej "piją". Najlepiej dolewać po trochu, mieszać i sprawdzać czy ciasto jest już ok, aż do uzyskania pożądanej konsystencji. Praktyka czyni mistrza :)

Do ciasta można dosypać różnych rzeczy - cukru waniliowego albo amarantusa ekspandowanego (polecam! bardzo zdrowe ziarenko) albo wiórków kokosowych albo jeszcze czegoś innego, co tam kto lubi i co mu przyjdzie do głowy. Dobre jest też z dodatkiem zmielonego siemienia lnianego (lekko orzechowy posmak, mniam!) ale trzeba uważać, żeby nie sypnąć za dużo bo zrobi się glut (siemię to super lepiszcze :)) Początkującym nie polecam.

Z czym jemy wegańskie naleśniki? Ano nie z twarożkiem, nie... 
Z konfiturami różnymi, z jabłkiem potartym i cynamonem, z plasterkami jabłka zatopionymi w ciecie, z cukrem pudrem a nasz hit ostatnio - z czekoladą gorzką do smarowania (EnerBio z Rossmanna, słoik 16 zł - PRZE-PY-SZNA :)) i konfiturą wiśniową równocześnie - oczywiście popijamy czarną kawką... 

Po takim śniadaniu lokomotywa rusza tak, że aż gorąco się robi, autentycznie :) I tak jak kiedyś mieliśmy tradycję - naleśniki na niedzielne śniadanie, tak teraz jemy je najczęściej 2 razy w tygodniu - a pomyśleć, że bałam się, że nie da się ich zrobić bez jajek... Po co te jajka tam w ogóle są??

Moja dzisiejsza wariacja naleśnikowa to ciasto Z MLEKIEM CZEKOLADOWYM a w naleśniki zawinięte PLASTERKI BANANA. 





Jako że to mleko dość gęste jest, trochę zmieniła się proporcja mleka i wody czyli wyszło tak:

- 2 miarki mąki zwykłej pszennej (żeby nie przekombinować)
- pół miarki mleka sojowego czekoladowego
- 1,5 miarki wody






W usmażone naleśniki - które, jak widać, wychodzą brązowe - zawijamy plasterki banana (w moich wyszło 5 kawałków na naleśnik czyli jakieś pół banana). Jednorazowo zjada się 4-6 a potem dojada jeszcze 2 :)



Gotowe rulony układamy wszystkie razem na dużej patelni (może być "piętrowo") i podgrzewamy (odrobina wody + pokrywka). Stwierdzam, że jest to warunek konieczny do uzyskania boskości smaku :)

Na talerzu naleśniki można oprószyć cukrem pudrem - ale naprawdę tylko do dekoracji, żeby nie wyszły za słodkie. Dobrze smakują też potem na zimno, takie swojskie batony energetyczne ;)







Szybciej to wszystko się robi, niż pisze a jeszcze szybciej takie ciepłe zjada... A więc - SMACZNEGO!


P.S. WSZYSTKO JEST W GŁOWIE... 
Jak się pomyśli "nie, to nie może się udać" - no to się nie uda. 
Jak się ma po prostu cel w głowie - tadaaam! :) 
Żadne przepisy nie są potrzebne, trzeba tylko SŁUCHAĆ SIEBIE, po prostu...

P.S. 2 Po jakimś czasie muszę dopisać, że wegańskie naleśniki można zrobić nawet z tylko 2 składników, mąki i wody. 2 szklanki mąki pszennej graham, 2 szklanki wody i jeszcze kapkę, i mamy takie oto naleśniory, jak na obrazku poniżej. Więc jeśli czytacie w komentarzach poniżej, że bez mleka raczej nie, to już nieaktualne ;) Powodzenia!

piątek, 9 sierpnia 2013

Dlaczego WEGANIZM? - cz. 2


Oj, ciężko mi idzie... Minął miesiąc od ostatniego posta a mnie się wydaje, jakby to był tydzień-dwa...Chciałabym za jednym zamachem nadrobić wszystkie niezapisane myśli; wszystkie śniadania, obiady, desery i kolacje; cały miesiąc życia bez mięsa, sera i całej tej reszty ale oczywiście nie da się...
Mam też dziś takie mało mobilizujące poczucie straconej misji, takie wrażenie, że właściwie po co to wszystko pisać, niech każdy robi tak, jak chce...

Z drugiej strony jednak wciąż brzmi mi gdzieś z tyłu głowy echo kilku słów kilku osób, które właśnie dzięki temu, że podzieliłam się z nimi moim zdaniem, też przeszły "na drugą stronę" i nawet tylko z tego powodu chyba warto... Niech więc każdy robi tak, jak chce ale powiem Wam...

Nie jem mięsa od 2 lat, po wegańsku odżywiam się 8 miesiąc. Żyję i mam się dobrze, jestem zdrowa, uśmiechnięta, nie odczuwam żadnych braków w jedzeniu, podobno wyglądam coraz lepiej :)



Kiedyś myślałam, że będę tęsknić za kotletami do ziemniaczków i roladkami do klusek, a że bez sera żółtego jakaś część mnie umrze to byłam wręcz pewna...
Dziś nie jestem w stanie nawet wyobrazić sobie zjedzenia mięsa w jakiejkolwiek postaci, a na dźwięk słów określających różne produkty nabiałowe rośnie mi kulka w gardle.
Do marketów już prawie wcale nie chodzę, a jeśli już tam jestem po jakieś makarony, szerokim łukiem omijam stoiska mięsne i z nabiałem, wręcz przelatuję obok nich jak wicher, żeby nawet za dużo nie widzieć a już na pewno nic nie wąchać!

To jest niesamowite, jak szybko i jak bardzo po ZMIANIE wyostrzają się węch i smak; co kiedyś pachniało smakowicie - dziś śmierdzi, co kiedyś smakowało - dziś nie chce przejść przez gardło...

Z odrzuceniem mleka przyszło też odrzucenie wielu słodyczy (mleczne czekolady, tradycyjne lody, ciastka, chipsy i różne takie), w których pełno jest mleka w proszku, serwatki w proszku itd. I bardzo szybko przekonałam się, że także te słodycze po zdumiewająco krótkim czasie nie są już obiektem pożądania i tęsknoty a stały się czymś, na co nie mogę patrzeć jak inni to jedzą (ale nie w sensie zazdrości tylko żałowania ich, jak mogą jeść TAKIE COŚ?!). Czasem mam ochotę wziąć megafon i co najmniej całe miasto na raz uświadomić - tak bardzo boli mnie prawda, której tak wielu z nas jeszcze nie poznało...


Ja też kiedyś jadłam to wszystko. Zostałam tego nauczona, jak większość, więc jadłam. I nawet przeniosłam te nawyki do mojego własnego domu i moje pierwsze dziecko jeszcze zdążyło poznać smak szynki i miśków haribo, czego żałuję czasem baaaardzo. Gdyby tego nie poznała, nie musiałaby przeżywać w swojej małej dziecięcej główce paru dylematów z tym wszystkim związanych... Ale cóż, widocznie wcześniej nie byłam gotowa na ZMIANĘ, wszystko ma swój czas.

A dlaczego teraz nie jem niczego od zwierząt? Pisałam o tym już wcześniej, 2 wykłady, które zmieniły moje życie.
Do mnie dotarły, przekonały mnie i stały się podstawą do tego, by jeść bardziej naturalnie, kolorowo i... ZDROWO.
Bo właśnie na tym polega największy problem - wmawia się nam, że mięso i mleko są nam potrzebne do wzrostu, uzyskania siły i bycia zdrowym. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że jest wręcz odwrotnie - "pij mleko, będziesz kaleką", to tak w telegraficznym skrócie...


I właśnie do tego teraz będę zmierzać - różne są powody, dla których ludzie przechodzą na weganizm. 
Dla jednych najważniejsze są względy etyczne, dla innych zdrowotne, dla jeszcze innych jedne i drugie. Są tacy, co chcą szybciej biegać, są tacy, co chcą lepiej się rozciągać.
Wszystkie te powody są dobre i ważne i w moim odczuciu równorzędne. Nieważne dlaczego nie pijesz mleka krowy, ważne, że nie pijesz. 

Natomiast oprócz tego powiem tak - nawet, gdybym jeszcze teraz była "normalnie" jedzącym człowiekiem (dla mnie to już nie jest NORMALNIE absolutnie),  to w obliczu wszechogarniających informacji o tym, co robi się z wędlinami, żeby lepiej wyglądały w sklepie, czym są faszerowane zwierzęta przerabiane potem na mięso, co dolewa się do jogurtów, żeby nie pleśniały itd.,itd. - przestałabym kupować to wszystko jeszcze dziś. Każdy dobrze myślący o sobie człowiek powinien nie godzić się na coś takiego! A większość z nas niestety godzi się i jeszcze za to płaci i to jest najsmutniejsze...

Dlaczego WEGANIZM więc, jeszcze raz?  

- Ponieważ my, ludzie, wcale NIE JESTEŚMY naturalnie MIĘSOŻERNI; człowiek nie jest w stanie bez narzędzi upolować i zabić zwierzęcia, nie jest w stanie zjeść go na surowo, nie pogryzie, nie przeżuje, nie strawi i w ogóle nic nie zrobi z taką na przykład krową, jeśli spotka ją na łące; co najwyżej zrobi zdjęcie, bo to rzadki widok - krowa na łące. Nie jesteśmy stworzeni do zabijania  ani używania zwierząt na pokarm. JESTEŚMY STWORZENI DO JEDZENIA ROŚLIN i tylko roślin potrzebujemy do prawidłowego wzrostu, produkcji energii i do DŁUGIEGO ŻYCIA W DOBRYM ZDROWIU.

- NAJNOWSZA PIRAMIDA ŻYWIENIOWA potwierdza to, co napisałam powyżej - opiera się na warzywach, owocach, zbożach, roślinach strączkowych, olejach roślinnych, nasionach, orzechach, pestkach; mięso i nabiał zajmują w niej niewielką część. A dlaczego w ogóle w niej się znajdują? Bo to potężny przemysł i wielkie pieniądze - i kto z władców tego świata ma odwagę powiedzieć "nie, nigdy więcej mięsa i mleka krów, przecież to dla ludzi niezdrowe"?...  Oprócz przemysłu mięsnego upadłby przemysł farmaceutyczny a lekarze musieliby szukać nowego zajęcia - nie, taki cud raczej się nie zdarzy... Ale - coraz więcej i coraz głośniej mówi się o tym, że mięso nie jest dla ludzi zdrowe a mleko krowie to dla człowieka wręcz trucizna. Nie potrzebujemy białka zwierząt, żeby budować mięśnie; nie potrzebujemy mleka krów, żeby mieć mocne kości (a wręcz przeciwnie, to mleko zakwasza organizm i w konsekwencji kości osłabia) - WIĘC - WEGANIZM DLA ZDROWIA. MOJEGO, MOICH DZIECI I DZIECI MOICH DZIECI.

- WZGLĘDY ETYCZNE. W tej kwestii niech każdy odpowiada sobie sam.
Ja nie chcę już nigdy więcej mieć udziału w fabrykach śmierci zwierząt.

- SPORT. Okazuje się, że weganie są lepsi w różnych dyscyplinach sportowych; wielu znanych sportowców z dumą prezentuje swoje osiągnięcia z podkreśleniem faktu, iż to na diecie roślinnej osiągają najlepsze wyniki w życiu.
Mój mąż biega. Odkąd odżywia się po wegańsku biega szybciej, dłużej, mniej się męczy, szybciej regeneruje.
W czerwcu wstał w niedzielę rano i ... przebiegł maraton. Nie jakiś zorganizowany - wyszedł z domu i przebiegł 42 kilometry. Następnego dnia wstał o 6 rano do pracy, wrócił uśmiechnięty, nawet nie miał zakwasów. WEGANIZM WZMACNIA ORGANIZM :)

I tym optymistycznym akcentem na dzisiaj skończę bo spać też czasem trzeba...

P.s. A jeszcze jedna aktywność człowieka na "S" jest lepsza :D
Masz więcej energii to i więcej ochoty na seks, poza tym partner WYGLĄDA LEPIEJ, PACHNIE LEPIEJ, SMAKUJE LEPIEJ - co może być milszego na koniec dnia? ;)






poniedziałek, 8 lipca 2013

Wegański obiad - RYŻ CURRY Z CUKINIĄ, PAPRYKĄ I PIECZARKAMI


Dziś CUKINIA. Kiedyś moja zmora - nie cierpiałam warzywa, które nie ma smaku, jest sflaczałe i właściwie po co to jeść? Oczywiście było to echo źle podanej mi cukinii po raz pierwszy, po raz drugi... i tak dalej. Sama też popełniłam kilka dań z jej udziałem, które do najwspanialszych nie należały. ALE. Kiedy zaczęliśmy gotować w nowy sposób okazało się, że ta cukinia to całkiem fajna jest. A dziś to już w ogóle - wyborna! Co trzeba z nią zrobić, żeby taka była? Najlepiej NIC :)

Czyli:

- nie obieramy ze skórki (chyba, że cukinia jest duża i ma grubą skórę ale takiej po prostu nie kupujmy), nie wycinamy pestek, nie solimy aby następnie odcisnąć wodę, nie smażymy ani nie masakrujemy jej w żaden inny sposób bo - po co jeść to, co z niej jeszcze w ogóle zostanie?
- jedyne, co robimy to: oblewamy całe cukinie wrzątkiem i odcinamy końcówki.

Ok, jak zamienić 2 cukinie w obiad? Proszę bardzo :)

Wegański RYŻ CURRY w towarzystwie CUKINIOWO-PAPRYKOWO-PIECZARKOWYM 

Potrzebne będą:

- 2 cukinie
- pół kilo pieczarek + cebulka + oliwa + sól i pieprz
- kolorowa papryka (po 1 czerwonej, żółtej i zielonej)
- ryż

Zaczynamy od ryżu  - wystarczy do garnka wsypać przepłukany ryż (1 miarka), zalać wodą (2 miarki), kiedy się zagotuje dodać łyżeczkę przyprawy curry i zmniejszyć ogień do minimum, po bliżej nie określonej chwili wyłączyć całkiem i zostawić.

            W międzyczasie:

- obrać i pokroić pieczarki na niezbyt małe kawałki, podsmażyć na patelni z cebulką (lub bez, jak kto woli), posolić i lekko popieprzyć,
- mieszając pieczarki pokroić cukinie na kawałki w sam raz do jedzenia i na razie zostawić,
- pokroić papryki na kawałki jak wyżej i na razie też zostawić,
- pomiędzy krojeniem cukinii i papryk podlać pieczarki wodą, żeby pozostały soczyste a przy okazji tworzymy sos ;)

W momencie, w którym uznamy, że pieczarki są już takie, jakie lubimy, dorzucamy do nich cukinię i papryki, mieszamy wszystko ze sobą i... wyłączamy ogień, gdyż nasz obiad jest GOTOWY :)

W ten sposób przyrządzona cukinia jest po pierwsze chrupiąca jak ogórek, po drugie przepyszna. To samo dotyczy papryki - pozostaje lekko chrupiąca, żadna skórka nawet nie zaczyna odchodzić, wszystko ma swój naturalny smak i aromat. Miękkie pieczarki uzupełniają się z chrupiącą resztą. Sos otrzymujemy samoistnie - z podduszonych pieczarek. Jeśli ktoś lubi, oczywiście można go zagęścić, u nas sosy zazwyczaj pozostają lekkie. Całość smakuje naprawdę pysznie a przygotowanie tego dania razem z gotowaniem ryżu to jakieś pół godziny. I po co mięso? Po co? :)

sobota, 6 lipca 2013

Wegańska kolacja w upalny wieczór - DLACZEGO WEGANIZM?



Jako że zaprezentowana kolacja nie wymaga przepisu ;) dziś będzie o tym DLACZEGO WEGANIZM?

Pewnego dnia 2 lata temu postanowiliśmy (z Mężem) nie jeść więcej mięsa. Jak to się stało, że razem do tego doszliśmy, nie mam pojęcia ale nie dziwi mnie to wcale, bo generalnie wszystko w życiu jakoś RAZEM nam wychodzi... W jednym tylko rozminęliśmy się wtedy - M. chciał pójść w weganizm od razu, ja sprzeciwiłam się kategorycznie. Dlaczego? Nie wiem, chyba ze strachu. Że nie będę umiała się w tym wszystkim odnaleźć, że co my teraz będziemy jeść, że jak to nie jeść sera nawet?! Nie ma mowy, no way, lepiej powoli, może kiedyś... M. się zgodził, bo... "i tak nie ma nic do gadania, jak ja się na coś uprę, to co się będzie k... kłócił"... Ile razy żałowałam, że jednak się nie kłócił! Ponieważ rok i kwartał później powiedziałam "a jednak weganizm" i baaaaaardzo żałowałam, że tak późno.

Od tej decyzji ponad pół roku za nami i chociaż wydaje się, że to mało, wierzcie mi - stoimy już mocno na naszych wegańskich nogach :) Trochę doświadczeń zebraliśmy w tym czasie, trochę różnej wiedzy, zaszły u nas różne zmiany, mamy swoje spostrzeżenia - i tym wszystkim właśnie dzisiaj chcę się podzielić, bo... To jest zbyt dobre, żeby trzymać wszystko dla siebie :)

Kilka Osób wokół nas poszło w tym samym kierunku i to jest piękne! :) I jeśli te Osoby korzystają troszeczkę z naszego doświadczenia, może mogliby skorzystać jeszcze inni? Ja sama wciąż szukam i cieszę się, gdy znajdę jakieś cenne wskazówki; mam więc nadzieję, że ten wpis pomoże Wam oddzielić ziarna od plew...

Na początek wykład, który zmienił moje (nasze) życie, naprawdę. Od tego filmu wszystko się zaczęło. Zabierałam się do niego ze 3 razy, aż pewnej nocy, kiedy nikt nie odciągał mnie od oglądania, udało się.
Trzeba mieć trochę czasu (ponad godzina wykładu), trochę spokoju i ... być przygotowanym na wzięcie czerwonej pigułki. Moim zdaniem to najlepszy materiał na POCZĄTEK:

101 POWODÓW BY ZOSTAĆ WEGANINEM - napisy pl

Drugi wykład, który powinien zobaczyć każdy człowiek na tej Ziemi:

GARY YOUROFSKY - Inspirujący wykład, który może zmienić Twoje życie

I na dziś to tyle a moje kolejne wpisy będą zawierały już tylko pozytywne linki i - mam nadzieję - wsparcie w stawianiu pierwszych kroków przez świeżo upieczonego weganina :)

TRZYMAJCIE SIĘ! (zwłaszcza po obejrzeniu tych materiałów).



środa, 3 lipca 2013

Wegański SOS do KLUSEK WEGAŃSKO-ŚLĄSKICH


Dzisiaj na obiad miała być fasolka szparagowa w roli głównej. Co do tego? Oczywiście ziemniaczki z koperkiem. Żeby było kolorowo - marchewka. Oraz bób proszący się już o zjedzenie. Fajnie, trzeba wszystko umyć, włożyć do garnków i gotuje się samo. A tu Dziecię wyskakuje z hasłem: "A ja bym chciała kluuuskiiiii!". Hm, pomyślała Matka, kluski do fasolki? Przecież miały być ziemniaczki z koperkiem! "Ale ja bym chciała kluuuuskiii, tak bardzo, bardzooooo!". Cóż, do czego są zdolne matki wszyscy wiedzą. Skoro reszta obiadu gotuje się sama, to można w międzyczasie zrobić te kilka klusek i tym sposobem na obiad były i ziemniaczki, i kluuuuskiiiii :)

Kluski śląskie zazwyczaj robi się z jajkiem. Okazuje się, że bez jajka też wychodzą a nawet smakują! Jak zrobić kluski chyba każdy wie ale jeśli jakiś, na ten przykład Mąż, nie wie, to proszę bardzo:

Wegańskie kluski śląskie


- ugotować ziemniaczki (u mnie nowe, wyszorowane, ugotowane w skórkach - w niczym to nie przeszkadza kluskom; oczywiście jak najbardziej można gotować obrane ;)) (robię tak tylko z młodymi ziemniakami oczywiście)
- jeszcze gorące pognieść dobrze na gładką masę
- podzielić ziemniaki na 4 części, wyjąć 1 ćwiartkę, wsypać w to miejsce tyle samo mąki ziemniaczanej
- NIE DODAWAĆ JAJKA :)) (nie wiem po co się je daje szczerze mówiąc)
- całość zagnieść w piękną kulę ciasta, z której następnie toczymy w rękach małe/duże kluseczki/kluski z dziurką lub bez, co kto lubi
- zagotować wodę w garnku, osolić, wrzucać kluski na wrzątek i kiedy wypłyną na powierzchnię zmniejszyć ogień i gotować kilka minutek (uważać, żeby się nie rozgotowały, co dzisiaj prawie udało mi się zrobić biegając między kuchnią a dzieciakami).

Ok, kluski mamy ale co z sosem?? To był jeden z moich dylematów NA POCZĄTKU.
Jak się okazało, wszystko jest takie proste... :)
Oto nasz sos do klusek, ulubiony przez moje Dziecię (a to coś znaczy, wierzcie mi, Ona jest taka wybredna!)

Wegański sos do klusek



- w małym garnuszku zagotować wodę
- wrzucić do niej łyżeczkę lub dwie przyprawy curry (łagodne)
- dolać łyżkę lub dwie oliwy
- całość chwilę przegotować, ewentualnie dosolić do smaku (chociaż w mieszance curry jest już sól)
- przelać przez sitko

(- jeśli lubicie zagęścić mąką czy coś, my tego nie robimy)

 i... SMACZNEGO! :)

Proste? Proste! WEGANIZM JEST PROSTY :))


A teraz P.S.

Co brzmi lepiej:
- sos z wody, przypraw i oliwy
czy
- sos z wody, przypraw i (sami sobie dopowiedzcie...)
?

POWODZENIA!

P.S.2 - Takie kluski bez jajka można spokojnie zrobić od razu na 2 dni, tzn. nie ugotowane kluski przechować w pudełku w lodówce i następnego dnia ugotować, na pewno nic się nie zepsuje :)

wtorek, 2 lipca 2013

Wegańskie GOŁĄBKI BEZ ZAWIJANIA Z JARMUŻEM



Zakładając tego bloga byłam świeżo upieczoną, bo zaledwie z rocznym stażem, wegetarianką.
W międzyczasie poszłam o krok dalej, w stronę weganizmu i był to początek reszty mojego życia, można by rzec... :)
W swobodnych rozmowach z bliskimi i znajomymi gdzieś tam ten temat pojawia się i przewija, i czy to sprawa dobrych czarów czy innych fluidów - nie wiem, dość, że kilka osób z mojego otoczenia postanowiło SPRÓBOWAĆ TEŻ.
I w ten sposób, mając za sobą pół roku weganizmu, mam też "na koncie" kilkoro świeżo upieczonych przeze mnie i mojego Męża wegan ;)
I zawsze kiedy opowiadam im o tym, co już sama wiem, wysyłam maile, linki do stron, itd. przewija się w odpowiedzi jedno hasło "powinnaś pisać o tym bloga". No tak. Nawet mam już bloga. Tylko nie mam kiedy go pisać...

Dziś nastąpił jednak przełom. Popełniłam w kuchni coś tak smacznego, że nawet moje wiecznie marudzące przy stole starsze dziecko (które najchętniej odżywiałoby się praną i lodami) powiedziało najpierw "uhm, to jest pyszne", potem "poproszę o dokładkę" (szok!) a potem jeszcze "zawsze w poniedziałki będziesz robić takie coś"... Prawie popłakałam się przy stole, bo moja starsza córka to mój Bardzo Ważny Krytyk...

Ok, pomyślałam sobie, oczywiście muszę podzielić się tym odkryciem z ... i z ... i z.... i tak kilka osób jeszcze przyszło mi na myśl, no i w końcu stwierdziłam, że chyba lepiej jednak zacząć pisać tego bloga...
Kropką nad "i" były słowa pewnego Piotra: "Dzięki za linki i wsparcie, zacząłem nowe życie!".
Ja też dziękuję Wam wszystkim - za mobilizację do obudzenia mojego śpiącego bloga w duchu weganizmu :)
A więc - Piotruś ;) - specjalnie dla Ciebie:

Wegańskie - gołąbki z jarmużem - bez zawijania

jarmuż
Zazwyczaj gotujemy i jemy bardzo prosto, unikamy niepotrzebnego przetwarzania jedzenia, staramy się jeść wszystko jak najbliżej podstawowej postaci czyli jak brokuł to zblanszowany, jak szpinak to trochę poprzewracany z solą i czosnkiem na oliwie, jak papryka to właściwie tylko ogrzana na patelni; do tego ugotowany makaron i smacznego.

Czasem jednak przychodzi człowiekowi taka myśl: "gołąbki"... :)
Miały być w niedzielę dla gości, ale gościom dziecko zachorowało; miały być zawijane w liście kapusty ale kapusta mi zmarniała; pozostały 2 rzeczy - niemożliwa do odrzucania chęć ich zjedzenia w końcu! oraz jarmuż - takie warzywo, o którym jeszcze tydzień temu nie miałam najmniejszego pojęcia, a które okazało się być bardzo ozdobną i niesamowicie zdrową... kapustą :)

Więcej o jarmużu tutaj: Jarmuż - Wikipedia

Gołąbki miały być z kaszą gryczaną i grzybami - pieczarkami, no i bez p... się ;) czyli bez zawijania




Potrzebne będą:
- jarmuż 
- kasza gryczana (polecam niepaloną) - u mnie 2 szklanki 
- grzyby/pieczarki + cebulka + pieprz + sól  - u mnie pieczarek kilo

- kasza jaglana (szklanka) 
- fasola czerwona (w puszce bo miało być szybko - niezbyt to zdrowe ale nie przesadzajmy ;)) 
- olej do smażenia + mąka do obtaczania (też niezdrowe ale jak wyżej)

ZACZYNAMY 
od wstawienia kaszy.

I tutaj od razu na początek ciocia dobra rada - jak ugotować kaszę gryczaną, żeby jej nie przypalić? Odpowiedź - NIE MIESZAĆ!

Miarkę kaszy (szklanka, 2 szklanki, pół szklanki, ile kto potrzebuje) przepłukujemy i wsypujemy do garnka. Zalewamy 2 miarkami wody, przykrywamy i stawiamy na ogień; kręcąc się po kuchni mamy garnek na oku. Jak tylko woda zacznie się gotować zmniejszamy ogień do minimum, wsypujemy ilość soli odpowiednią do ilości kaszy (pół łyżeczki, łyżeczkę, szczyptę itd.), powstrzymujemy się - chociaż korci nas strasznie - i NIE MIESZAMY, i tak przez chwilkę jeszcze, nieokreśloną ilość minut, pozwalamy kaszy się gotować. Po tych kilku minutach zaglądamy do garnka i jeśli na górze nie widać już wody, wyłączamy ogień - cały czas NIE MIESZAMY KASZY -, przykrywamy i nie robimy już nic, tylko pozwalamy jej dojść do odpowiedniej formy czyli ani rozgotowanej, ani przypalonej, ani surowej, tylko takiej akurat idealnej do jedzenia :)

Tak samo gotujemy kaszę jaglaną (i każdą inną). Ja miałam akurat resztę jaglanki ze śniadania :)
(Przygotowując to danie następnym razem ugotowałam po prostu obie kasze razem w jednym garnku).

Wracając do gołąbków - będą potrzebne jeszcze grzyby/pieczarki, które podsmażamy z cebulką na patelni. Jako że gołąbki będą bez zawijania, zależy nam na ścisłości farszu, tak więc tym razem cebulka i pieczarki wylądowały razem w blenderze, który posiekał je znacznie drobniej, niż normalnie kroimy do patelni i o to chodzi.

 Zawartość blendera przerzucamy na rozgrzaną patelnię, dodajemy oliwy, trochę pieprzu i soli i tak sobie mieszamy trochę łopatką aż pieczarki przestaną być surowe. Oczywiście pieczarki puszczą soki więc pieczarkowe błotko z patelni przerzucamy na sitko ustawione na jakiejś miseczce i odsączamy z tej całej wody. Wodę zachowujemy gdyż przyda się do zrobienia sosu na koniec.

Do wielkiego garnka kroimy drobno liście jarmużu, wrzucamy odsączone pieczarki i obie kasze oraz w międzyczasie zmiksowaną czerwoną fasolę (pięknie skleja farsz, podpatrzyłam u Olgi Smile :)) i mieszamy wszystko dokładnie tak, żeby dobrze razem się  trzymało. 




Formujemy w rękach gołąbki, takiej wielkości, jaka tylko nam się podoba, obtaczamy lekko w mące i smażymy pięknie rumiane z obu stron. Z tej ilości składników wyjdzie 26-30 dość dużych sztuk.

Przydałby się sos jeszcze :)

Sos zrobiłam na bazie wegańskiej śmietany słonecznikowej (genialny w swej prostocie przepis stąd: http://matkaweganka.blogspot.com/2012/01/smietana-sonecznikowa-takie-buty.html); dodałam do niej tej grzybowej wody, która leżała sobie do tej pory spokojnie w miseczce i naprawdę nic więcej nie trzeba było robić, jak już tylko nakładać na talerze, polewać śmietano-sosem i zajadać ze smakiem.



Spostrzeżenia - robiłam kiedyś takie gołąbki bez zawijania z normalnej kapusty poszatkowanej. To było zresztą ostatnie mięsne danie jakie popełniłam w życiu... Te dzisiejsze były o wiele lepsze - jarmuż zachowuje smak kapusty ale jest o niebo lżejszy, delikatnie chrupiący i taki pięknie zielony :)

Dawno nie robiłam tak "skomplikowanego" obiadu ale czasem można sobie pozwolić na takie szaleństwo. Zresztą, cóż to za wielka robota - ugotować kaszę, podsmażyć pieczarki, poszatkować jarmuż, zmielić fasolę, wymieszać wszystko, a potem tylko formować, obtaczać, smażyć, polewać sosem i...

SMACZNEGO KOCHANI! :)

sobota, 16 lutego 2013

Urodziło się i co?...

Trzeba kochać! Ale jak?
Mądrze! Czyli jak?
No właśnie... JAK???

Tyle przepisów ile mądrych głów na świecie a każdy najlepszy.

O SPANIU

Jedni mówią - dziecko powinno spać w swoim łóżeczku, od pierwszych dni. Inni na to - budujmy rodzinne więzi, najlepsze jest gniazdo. Jeszcze inni - w swoim łóżeczku ale w pokoju rodziców. Inni - w swoim łóżeczku i to w swoim pokoju. A są jeszcze dyskusje czy to w ogóle ma być łóżeczko czy kołyska a może wiklinowy koszyk... Zwariować można, zwłaszcza, jak jest się młodą matką, kochającą swe dziecię ponad wszystko i chcącą dla Niego jak najlepiej a przy tym MĄDRZE. Tak naprawdę nigdy nie wiadomo, kiedy jest mądrze a kiedy nie-mądrze... Czy "mądrze" jest równe "jak najlepiej dla dziecka"? Hm...

Moje pierwsze dziecko spało od początku w swoim łóżeczku, w naszym wspólnym pokoju. W swoim łóżeczku żeby: "za bardzo się nie przyzwyczaiło", "rodzice mogli się swobodnie wyspać", "małżeńskie łóżko pozostało małżeńskim", itd., itp..
Ale właściwe - żeby nie przyzwyczaiło się do czego? Do poczucia bezpieczeństwa, które daje Mama obok? Do twarzy Taty widzianej po przebudzeniu?
Wyspać się porządnie i tak się nie da przy małych dzieciach - najpierw wstaje się w nocy, żeby dzidziusia karmić i zmieniać mu pieluszki; potem wstaje się w nocy, żeby większego dzidziusia odsikać w toalecie i dać mu się napić; jeszcze później wstaje się, żeby zapalić mu światło w łazience (bo chce sikać a nie dosięgnie) i przynieść misia, którego zapomniało biegnąc w środku nocy do rodziców (napije się już samo) ... Moje starsze dziecko skończyło już 4 lata a  jakoś ciągle nie mogę przespać całej nocy. Tatuś zresztą też nie.
Co do zachowania małżeńskiego charakteru łóżka - nie tylko w łóżku jesteśmy małżeństwem a jeśli dziecko płacze to seks i tak jest przerywany przecież, wiadomo...

Tak więc nasza druga młoda też dostała łóżeczko w sypialni ale ile nocy w nim przespała? Hm... Po pierwszej pobudce na cyca lądowała w łóżku mamy i tak już zostawała do rana. Potem od razu po kąpieli była karmiona i zostawiana w moim łóżku, bo po co w ogóle wychodzić z niego w nocy? I tak już zostało.
A ile się przy pierwszej nalatałam, ile nocy przespałam w fotelu z dzieckiem przy piersi (bo przecież po karmieniu trzeba odłożyć do łóżeczka - taaa, tylko trzeba przed tym nie zasnąć)... Teraz jakoś lepiej się wysypiam, ciekawe dlaczego?
A dziecko? Starsza jak tylko nauczyła się wychodzić z łóżeczka przylatywała na nocnego cyca sama. I... zostawała już do rana. To po co te kilka miesięcy odkładania do łóżeczka? Nie wiem. Cyc się skończył a ona i tak przylatywała do nas w nocy. Przylatywała i zostawała, przylatywała i zostawała, aż kiedyś znów postanowiliśmy "przywrócić porządek". Więc przylatywała a my odprowadzaliśmy ją do łóżka, przylatywała a my odprowadzaliśmy, przylatywała a my... Aż pewnego razu mała Maja powiedziała: "wy jesteście dorośli i śpicie razem a ja jestem mała a muszę spać tam sama". Przestaliśmy odprowadzać. Jest zasypianie w swoim łóżku, z mamą albo tatą, czytaniem, przytulaniem, okrywaniem kołderką po sto razy. Ale co noc dziecko przybiega do nas i... czasem nawet nie wiemy, że przybiegło. Kilka razy zdarzyło się jej przespać całą noc w swoim łóżku - za każdym razem szliśmy rano sprawdzać, czy coś się nie stało :) W międzyczasie urodziła się młodsza siostra, która ma łóżeczko w sypialni rodziców, więc teraz tym bardziej czujemy, że nie możemy starszego dziecka odsuwać od nas. Chce przychodzić, niech przychodzi. Kiedyś przestanie. A my... pewnie będziemy za tym tęsknić. Bo teraz budzimy się rano wszyscy razem (+ pies - czy to łóżko naprawdę jest takie rozciągliwe???), uśmiechamy się do siebie i w takich chwilach NAPRAWDĘ czujemy rodzinną więź...

Przy drugim dziecku mam więcej odwagi, żeby postępować, jak mi Głos Z  Tyłu Głowy mówi zamiast pilnować podręcznikowych zasad.
Spalmy podręczniki ;) WSZYSTKO JEST W GŁOWIE :))