Straaasznie długo mnie nie było ale to wszystko przez Coś, co przygotowuję dla Was od kilku miesięcy i już lada chwila ruszy...
Na razie jeszcze proszę o wybaczenie i w ramach przeprosin - takie kwiatki :))
SZPARAGI.
Sezonowy specjał od maja do lipca, zdrowy i smaczny.
O ile "zdrowy" to pewnik - dużo białka, witamin i różnych składników mineralnych -, o tyle droga do "smaczny" bywa wyboista...
Jednak grunt to (przed gotowaniem :)) uzbroić się w wiedzę i właśnie mam zamiar podzielić się z Wami tym, co sama już sprawdziłam.
Przede wszystkim - szparagi białe czy zielone?
Jak się okazuje, to nie różne odmiany tylko różnice w uprawie tej samej rośliny - białe pędy wzrastają w ziemi, zielone - ponad ziemią.
Białe są bardziej wodniste, zielone mają konkretniejszy smak, zbliżony do świeżego groszku.
Osobiście wolę zielone, również z jeszcze innego powodu - białe szparagi trzeba obierać i to grubo (inaczej będą gorzkie), no i trzeba je gotować. Zielonych przed gotowaniem obierać nie trzeba a nawet można je zjeść na surowo :)) Wystarczy umyć, odciąć kawałek od dołu i - to lubię najbardziej - od razu jeść!!! :))
Jeśli jednak decydujecie się na gotowanie, pamiętajcie - wszystko, tylko nie rozgotować!!!
Najlepiej zrobić tak:
- szparagi umyć, odciąć końcówki, ewentualnie delikatnie obrać od dołu do 1/3 wysokości (ale tylko grube, cienkich naprawdę nie ma potrzeby),
- włożyć do garnka, w którym będą mogły stać a nie leżeć, wlać 0,5 litra wody, osolić, przykryć pokrywką (góra szparagów "dojdzie" na parze),
- zagotować, zostawić na max 5 minut i dla mnie to jest wszystko, co należy z nimi zrobić.
Oczywiście, jeśli ktoś woli szparagi lejące się przez widelec, może sobie pogotować dłużej;
ja zdecydowanie preferuję wersję al dente :))
Co do takich szparagów?
Najbardziej lubimy ZIEMNIACZKI Z PIEKARNIKA. Jak zrobić?
Ano przede wszystkim - PRZED gotowaniem szparagów :))
- Ziemniaki obrać, pokroić w ćwiartki, w dużej misce wymieszać z przyprawami (kopiasta łyżeczka słodkiej papryki, płaskie pół łyżeczki pieprzu, płaska łyżeczka soli, 2 kopiaste łyżeczki ziół prowansalskich) oraz dużą łyżką oleju.
- Wysypać na blaszkę, rozłożyć równomiernie, włożyć do piekarnika na 200 stopni, grill + termoobieg, 20 minut i gotowe.
W międzyczasie gotujemy szparagi, kroimy pomidory, myjemy sałatę i takie tam ;) Wyjątkowo smakuje mi do tego trochę piwa.
No to co, pół godziny i obiad gotowy :)) A jeśli coś zostanie (w co wątpię ale może się zdarzyć), polecam dorzucenie kilku szparagów do koktajlu bananowego - fajny zielony i naprawdę pycha!
niedziela, 1 czerwca 2014
poniedziałek, 5 maja 2014
Wegańskie SZEJKI Z MAKIEM I SEZAMEM
Uwaga, uwaga, ja biegam. BIEGAM. Taki ruch, że się wychodzi z domu i przebiera nogami strasznie szybko. JA.
Generalnie coś takiego zasługuje w moim życiu na miano cudu. Nigdy nie cierpiałam żadnego sportu ani żadnej aktywności fizycznej bardziej męczącej, niż długie chodzenie. ALE - całkiem niedawno, coś z tyłu głowy (bo wiecie, wszystko w niej jest ;) ) zaczęło mi szeptać, że może by tak jednak coś ten tego, żeby kręgosłup na starość nie wysiadł...
Jako że mój Mąż biega od dawna, więc mam dobry przykład pod nosem i ogólnie wydaje mi się to najprostsze - trzeba po prostu wyjść z domu i już można zaczynać - zdecydowałam się SPRÓBOWAĆ. Próba miała miejsce 1 kwietnia i do samego końca M. uważał, że to taki mój żart prima-aprilisowy - tak bardzo zarzekałam się do tej pory, że ja - biegać - nigdy!!!
No i cóż, w telegraficznym skrócie, od tego dnia biegam regularnie co drugi dzień (a właściwie wieczór), popełniam nowe rekordy życiowe (na początku wiele ich jest, haha!) i twierdzę, że BIEGAM BO LUBIĘ :))))
Po 3 tygodniach biegania-człapania przeczytałam 2 wpisy na blogu o bieganiu naturalnym
(dzięki Ci M. za podetknięcie pod nos i wiarę, że coś z tego zrozumiem ;)), które prawdopodobnie zmieniły moje życie (oprócz tego, że bieganie samo w sobie już to zrobiło):
- dobra-forma-od-glow-do-stop- polecam wszystkim zaczynającym biegać oraz biegającym dłużej ale nie do końca zadowolonym z wyników oraz
- kluczowe-30-minut i o tym będzie dzisiaj właśnie.
Dla wszystkich chyba jasne jest, że po wysiłku trzeba coś wypić i zjeść a najlepiej zjeść i wypić jednocześnie ;) W sieci mnóstwo jest przepisów na szejki potreningowe (wegańskie też) ale ja od dawna mam swoje ulubione, wypijane do śniadania albo jako przegryzka w ciągu dnia, które teraz robię sobie po prostu po bieganiu. Dodaję do nich mak lub sezam czyli takie małe coś, co na co dzień ciężko zjeść tak po prostu a w wegańskim życiu bardzo dobrze robi ludziom.
MIGDAŁY i BANANY - o nich możecie poczytać tutaj, ponieważ ja powinnam iść już spać ;)
Oprócz zdrowego wegańskiego jedzenia i - jak się przekonałam - równie zdrowego biegania, warto zadbać też o zdrowy sen a moja dzisiejsza dawka niebezpiecznie maleje...
Dlatego inne szejki kolejnym razem, a dzisiaj mówię już paaaa :))))
P.s. Rada dla tych, których blendery nie rozbijają maku w jeszcze drobniejszy mak - zarówno mak, jak i sezam przed dodaniem do szejka warto zmielić w młynku, choćby takim do kawy - więcej wartości odżywczych zostanie wykorzystanych a o to przecież nam chodzi, nieprawdaż? :) Z wegańskim pozdrowieniem, Sylwia
Generalnie coś takiego zasługuje w moim życiu na miano cudu. Nigdy nie cierpiałam żadnego sportu ani żadnej aktywności fizycznej bardziej męczącej, niż długie chodzenie. ALE - całkiem niedawno, coś z tyłu głowy (bo wiecie, wszystko w niej jest ;) ) zaczęło mi szeptać, że może by tak jednak coś ten tego, żeby kręgosłup na starość nie wysiadł...
Jako że mój Mąż biega od dawna, więc mam dobry przykład pod nosem i ogólnie wydaje mi się to najprostsze - trzeba po prostu wyjść z domu i już można zaczynać - zdecydowałam się SPRÓBOWAĆ. Próba miała miejsce 1 kwietnia i do samego końca M. uważał, że to taki mój żart prima-aprilisowy - tak bardzo zarzekałam się do tej pory, że ja - biegać - nigdy!!!
No i cóż, w telegraficznym skrócie, od tego dnia biegam regularnie co drugi dzień (a właściwie wieczór), popełniam nowe rekordy życiowe (na początku wiele ich jest, haha!) i twierdzę, że BIEGAM BO LUBIĘ :))))
Po 3 tygodniach biegania-człapania przeczytałam 2 wpisy na blogu o bieganiu naturalnym
(dzięki Ci M. za podetknięcie pod nos i wiarę, że coś z tego zrozumiem ;)), które prawdopodobnie zmieniły moje życie (oprócz tego, że bieganie samo w sobie już to zrobiło):
- dobra-forma-od-glow-do-stop- polecam wszystkim zaczynającym biegać oraz biegającym dłużej ale nie do końca zadowolonym z wyników oraz
- kluczowe-30-minut i o tym będzie dzisiaj właśnie.
Dla wszystkich chyba jasne jest, że po wysiłku trzeba coś wypić i zjeść a najlepiej zjeść i wypić jednocześnie ;) W sieci mnóstwo jest przepisów na szejki potreningowe (wegańskie też) ale ja od dawna mam swoje ulubione, wypijane do śniadania albo jako przegryzka w ciągu dnia, które teraz robię sobie po prostu po bieganiu. Dodaję do nich mak lub sezam czyli takie małe coś, co na co dzień ciężko zjeść tak po prostu a w wegańskim życiu bardzo dobrze robi ludziom.
Szejk BANANOWO-MIGDAŁOWY Z MAKIEM
- 2 banany, najlepiej miękkie - słodsze
- duża garść migdałów (ok. 10 dkg) - nie trzeba obierać, wystarczy opłukać
- 2 duże, kopiaste łychy maku (suchy, nie parzony, nie moczony i w żaden inny sposób nie cudowany)
- pół litra wody (filtrowanej kranówki, mineralnej czy co tam pijecie)
- zblendować, wypić, koniecznie DO 30 MINUT po treningu (przypominam dlaczego) :))
MAK
Doskonałe źródło wapnia, fosforu, potasu i magnezu (100 g maku pokrywa dzienne zapotrzebowanie człowieka na magnez) oraz... tłuszczu (prawie połowa to tłuszcz). Bardzo kaloryczny, w sam raz dla takich jak ja - którzy przez bieganie NIE CHCĄ się odchudzić ;)
Szejk BANANOWO-MIGDAŁOWY Z SEZAMEM
- 2 banany - j.w.
- duża garść migdałów - j.w.
- 2 duże, kopiaste łyżki sezamu
- pół litra wody - j.w.
- zblendować, wypić - j.w. :))
SEZAM
Również bogate źródło wapnia, magnezu i cynku oraz wartościowe roślinne białko.
Do tego oczywiście witaminy, których w żadnych roślinach nie brakuje :)
MIGDAŁY i BANANY - o nich możecie poczytać tutaj, ponieważ ja powinnam iść już spać ;)
Oprócz zdrowego wegańskiego jedzenia i - jak się przekonałam - równie zdrowego biegania, warto zadbać też o zdrowy sen a moja dzisiejsza dawka niebezpiecznie maleje...
Dlatego inne szejki kolejnym razem, a dzisiaj mówię już paaaa :))))
P.s. Rada dla tych, których blendery nie rozbijają maku w jeszcze drobniejszy mak - zarówno mak, jak i sezam przed dodaniem do szejka warto zmielić w młynku, choćby takim do kawy - więcej wartości odżywczych zostanie wykorzystanych a o to przecież nam chodzi, nieprawdaż? :) Z wegańskim pozdrowieniem, Sylwia
niedziela, 4 maja 2014
Wegańska Wielkanoc - MENU
Nieco spóźniony wpis "ku pamięci", może być pomocny za rok ;)
- chlebek włoski z własnego piekarnika
- świeżo zmielone siemię lniane do posypywania pieczywa
- kolorowy talerz, jak co dzień wiosną:
papryki, pomidory, ogórki, rzodkiewki z liśćmi (tak, tak, to się je! :)), sałata
- w ramach szaleństwa - wędlina sojowa wędzona
- sałatka warzywna z majonezem na bazie słonecznika z z tego przepisu
- buraczki pieczone w folii, utarte ze świeżym chrzanem
- rzeżucha - oczywiście do jedzenia, nie tylko ozdabiania stołu ;)
- ciasto francuskie z kapustą
![]() |
żur w chlebie z tofu wędzonym
(taki jak ten, tylko bez pieczarek)
- pasztet pieczony z czerwonej soczewicy, kaszy gryczanej i warzyw
- buraki z chrzanem powtórka
- ziemniaki
- oczywiście sałata :)) i grzyby marynowane na zagrychę
- tort czekoladowo-wiśniowy - powtórka z moich urodzin - bossski!
- babka łaciata - bez jajek, mleko sojowe
- motyl bananowy
- babeczki zielone (szpinakowo)-kokosowe - przepis tutaj
wtorek, 15 kwietnia 2014
Wegańska Wielkanoc - PISANKI Z MASY SOLNEJ oraz DLACZEGO NIE JEMY JAJEK?
| Świeżo ulepione jajka, kiedy wyschną będziemy je jeszcze malować |
Witam wszystkich przedświątecznie, tych co obchodzą Wielkanoc i tych co nie...
Dziś nie będzie przepisu na jedzenie. Dziś będzie przepis na kolorowe jajka :))
W tamtym roku, kiedy wybraliśmy wegański sposób życia, 3 miesiące później zbliżały się święta wielkanocne.
To, że nie będziemy jeść jajek na śniadanie było dla mnie oczywiste - oprócz względów etycznych, po 3 miesiącach nawet najświeższe jajka nam śmierdziały i nie bylibyśmy w stanie ich przełknąć, po prostu. Dziecko jajek nie cierpiało nigdy więc zero tematu.
Problem pojawił się w momencie, kiedy moja Córka chciała robić pisanki...
Wiadomo, przedszkole, przygotowania, pamiętała też z poprzednich lat farbowanie i ozdabianie jajek. No i co tu zrobić? Za późno było już na kombinowanie, kupiłam więc 10 jajek z przeznaczeniem na pisanki i - mimo że nie zjedliśmy ani jednego - było mi jakoś głupio z tego powodu. Co prawda kupiłam jajka tzw. "zerówki" - I O TYM ZARAZ NAPISZĘ WIĘCEJ -, no i zrobiłam to dla Dziecka, wiedziałam jednak, że na następne święta muszę wymyślić coś innego...
W tym roku, tydzień przed świętami czyli mając jeszcze duuuużo czasu, robimy pisanki z masy solnej :) Jeść ich i tak nie mamy chęci a przynajmniej na wielkanocnym stole nie zabraknie kolorowych jajek, z przygotowania których nie wiem kto ma większą frajdę - dzieci czy ja... :))
Masę solną robi się łatwo. Potrzebne są:
- 2 szklanki mąki
- 2 szklanki soli
- szklanka ciepłej wody
Trzeba tylko wymieszać mąkę z solą, stopniowo dodawać wodę i zagniatać "ciasto".
Po kilku minutach ugniatania powinna powstać fajna, plastyczna masa, nie lepiąca się do rąk. W razie potrzeby można dodać troszkę wody albo podsypać trochę mąki, nieważna jest tu aptekarska dokładność...
Takie barwniki każdy ma w domu - kurkuma, papryka, kakao, cynamon :) Można użyć też syntetycznych barwników do jajek, które są do kupienia w sklepach. Ugniatamy masę z kolorowym proszkiem i... bawimy się! :))
Dziecięca inwencja twórcza bardzo wskazana, podobnie jak różne akcesoria do ozdabiania: koraliki, patyczki do robienia dziurek, sznurki do odciskania wzorków, itd.
Na zdjęciu - zielony, fioletowy, niebieski, różowy i pomarańczowy - syntetyczne barwniki do jajek. Żółty - kurkuma. Ceglasty - słodka papryka w proszku. Osobiście stwierdzam, że "paprykowe" jajka są najbardziej podobne i w kolorze i w teksturze do prawdziwych, farbowanych łupinkami z cebuli.
Ozdabianie możemy wykonać od razu albo dopiero po wysuszeniu - warto zaplanować sobie wcześniej co i jak. Odciski i wciski wiadomo, na świeżo, malowanie dopiero na suchym.
Porcje masy solnej najlepiej powkładać do foliowych woreczków i wyciągać tylko tyle, ile potrzeba w danym momencie; inaczej będzie niepotrzebnie twardnieć. Jeśli chcemy coś wałkować czy wykrawać, najlepiej robić to na folii aluminiowej, na której potem zostawimy ozdoby do wyschnięcia albo włożymy na blaszce do piekarnika. Przenoszenie świeżych wyrobów na inne podłoże jest ryzykowne, można łatwo zniszczyć kształt albo oderwać uszy zającowi ;)
Sposoby suszenia masy solnej są 2 - albo po prostu zostawiamy figurki na kilka dni do stwardnienia albo suszymy w piekarniku, nastawionym na 80 stopni, przy uchylonych drzwiczkach. Nie warto spieszyć się z suszeniem i podkręcać temp. ponieważ zbyt gwałtownie schnąca masa zwyczajnie popęka.
Ja suszę spokojnie na parapecie okna, w końcu mamy jeszcze kilka dni, zdążymy pomalować...
| Ciemniejszy zajączek - kakao; jaśniejsza zajączkowa - cynamon. Pachną :)) |
A DLACZEGO NIE JEMY JAJEK?
W dzisiejszych czasach jajka NIE pochodzą od kur drepczących leniwie po podwórku, grzejących piórka w słońcu, dziobiących ziarenka to tu, to tam...
Dziś kury to maszyny spożywcze, służące do produkcji jajek na akord, padające z wycieńczenia po 2 latach "pracy" (w warunkach naturalnych żyją około 10 lat).
Całe swoje "życie" spędzają w ciasnych klatkach, nie mogąc rozprostować skrzydeł,
z przyciętymi dziobami aby nie raniły się nawzajem w walce o dodatkowy centymetr...
Kiedy umierają, ich dotychczasowe towarzyszki depczą po nich, dopóki nie zostaną "posprzątane". Fajnie, co?..
Chów ściółkowy (oznaczenie jajek cyfrą 2) oraz klatkowy (3) nie różnią się tak naprawdę niczym. To, że kury nie są w klatce i mają trochę ściółki pod nogami nie czyni ich życia bardziej kolorowym. Są trzymane tak samo w zamknięciu i stłoczeniu i tak samo intensywnie składają jaja, dopóki nie padną.
Kury z tzw. "wolnego wybiegu" (1) mają się już trochę lepiej - mogą opuszczać kurnik i pobiegać trochę na powietrzu ale i tak głównie muszą składać jaja - do 10 razy więcej niż w warunkach naturalnych. Sztucznie skracany jest okres "nienośny" - nieznośny dla kieszeni hodowców...
No i słynne "zerówki" - "jaja ekologiczne" - czyli pochodzące od kur wolnowybiegowych i karmionych pożywieniem bez dodatków chemicznych. Eko-kury mają luksus: mogą chodzić gdzie chcą, grzebać w piachu, wcinać dżdżownice, grzać się w słońcu i składać jaja w sposób naturalny, bez sztucznego przyspieszania.
To dlaczego nie jemy jajek - "zerówek"? Bo wszystko ma swoje drugie dno... Ferma to ferma, kury, które przestają "dawać" jajka jadą do rzeźni, no bo po co je utrzymywać? Ponadto - we wszystkich rodzajach chowu kur, również tym "eko", wylęgające się kurczaki-kogutki są natychmiast zabijane jako nieprzydatne (koguty nie składają jaj, co za pech...).
Czy to eko czy nie eko, każde jajko naznaczone jest okrucieństwem, za które nie zamierzamy płacić.
Dzisiaj mam do Was prośbę - jeśli jeszcze jecie jajka, zastanówcie się przy okazji tych zacnych świąt, czy nadal chcecie kupować najtańsze "trójki"?..
Może w podjęciu decyzji pomoże Wam kampania JAK ONE TO ZNOSZĄ? a Waszym pierwszym krokiem ku nowym wyborom będzie PODPISANIE PETYCJI do sieci Kaufland w Polsce, aby wzorem Kauflandu w Niemczech zrezygnował ze sprzedaży jaj z chowu klatkowego.
Dlaczego petycja do Kauflandu? Bo łatwiej jest naśladować mając już dobry wzór.
Jeśli już "musicie" jeść jajka (chociaż wcale nie musicie, naprawdę!), wybierajcie przynajmniej te z oznaczeniem "0" - mimo że droższe, nie są nafaszerowane chemią i naznaczone cierpieniem zwierząt; warto mieć taką myśl z tyłu głowy, nie tylko przed Wielkanocą...
A tutaj inne - fajne - wpisy w tym temacie, zerknijcie koniecznie:
- readeat.pl -
WSZYSTKIM ŻYCZĘ RADOSNYCH ŚWIĄT
i udanych kolorowych jajek z masy solnej :)
czwartek, 27 marca 2014
Wegańskie odjazdy :)) ZIELONE MUFFINKI...
...szpinakowo-kokosowe!
czyli szpinaku ciąg dalszy :))
Miesiąc temu zetknęłam się
z przepisem, który - głównie dzięki zdjęciom - zaintrygował mnie tak bardzo, że MUSIAŁAM go wypróbować.
Efekt był taki, że z 12 upieczonych babeczek zjadłam od razu 6 i straciłam głowę dla tego ciacha :D
Historia jest taka, że oryginalny przepis pochodzący z bloga pinkcake.blox.pl został przez pewną pomysłową Katarzynę (pozdrowionka Kat! :) ) zmodyfikowany i w takiej właśnie wersji go poznałam.
Moim zdaniem ta modyfikacja była genialna (KOLOR! :)) i taką też Wam dzisiaj zaprezentuję.
Pieczemy 20-30 minut, do suchego patyczka - warto pilnować, żeby nie zbrązowiały za bardzo bo KOLOR CIASTA to największa radocha numer 1.
Radocha numer 2 - SMAK "BOUNTY" :)) Bo oczywiście gotowe babeczki polewamy jeszcze rozpuszczoną gorzką czekoladą :D
Co do czekolady - mój sprawdzony sposób jest taki, że rozpuszczam pół tabliczki gorzkiej czekolady z dodatkiem chlusta wody i łyżeczki oleju, na najmniejszym ogniu. Czekolada jest wtedy ładna płynna
a po zastygnięciu fajnie się błyszczy
i nie łamie.
Trzeba tylko pamiętać, żeby wodę dodać OD RAZU, razem z czekoladą, bo inaczej mogą być nieprzyjemności w garnku ;)
Leję prosto z garnuszka, takiego z "dzióbkiem".
Cukru można dać mniej ale nie polecam nie dawać wcale - zrobiłam tak raz i ciacho było zdecydowanie zbyt wytrawne... (Sorry Andżelika ;))
Najważniejsza sprawa - w tym cieście w ogóle nie czuć szpinaku, nic a nic!
Jeśli ktoś o nim nie wie, to nie wie, zagadkowy jest tylko kolor - przecudny, świeży, zielony, wiosenny, no po prostu piękny!
W stosunku do oryginału zmiana polega na użyciu szpinaku świeżego zamiast mrożonego - i stąd właśnie taki a nie inny kolor ciasta. Ze szpinaku mrożonego kolor będzie bardzo ciemny zielony
i już ewidentnie widać, że to szpinak. Nie robiłam, widać to po zdjęciach.
Polecam Wam ten przepis gorąco i od razu spisujcie, żeby móc podać go dalej ;)
To co - w najbliższy weekend?
czyli szpinaku ciąg dalszy :))
Miesiąc temu zetknęłam się
z przepisem, który - głównie dzięki zdjęciom - zaintrygował mnie tak bardzo, że MUSIAŁAM go wypróbować.
Efekt był taki, że z 12 upieczonych babeczek zjadłam od razu 6 i straciłam głowę dla tego ciacha :D
Historia jest taka, że oryginalny przepis pochodzący z bloga pinkcake.blox.pl został przez pewną pomysłową Katarzynę (pozdrowionka Kat! :) ) zmodyfikowany i w takiej właśnie wersji go poznałam.
Moim zdaniem ta modyfikacja była genialna (KOLOR! :)) i taką też Wam dzisiaj zaprezentuję.
Potrzebne są:
- szklanka mąki
- szklanka wiórków kokosowych
- pół szklanki cukru
- łyżeczka proszku do pieczenia
oraz
- ok. 10 dkg szpinaku ŚWIEŻEGO
- pół szklanki mleka roślinnego
- 1/3 szklanki oleju
- łyżeczka octu (obojętnie jakiego i tak odparuje).
Wykonanie to 3 kroki:
- mieszamy składniki suche
- miksujemy składniki mokre
- mieszamy jedne z drugimi i nakładamy do foremek na babeczki
(osobiście posypuję jeszcze delikatnie kokosem).
Pieczemy 20-30 minut, do suchego patyczka - warto pilnować, żeby nie zbrązowiały za bardzo bo KOLOR CIASTA to największa radocha numer 1.
Radocha numer 2 - SMAK "BOUNTY" :)) Bo oczywiście gotowe babeczki polewamy jeszcze rozpuszczoną gorzką czekoladą :D
Co do czekolady - mój sprawdzony sposób jest taki, że rozpuszczam pół tabliczki gorzkiej czekolady z dodatkiem chlusta wody i łyżeczki oleju, na najmniejszym ogniu. Czekolada jest wtedy ładna płynna
a po zastygnięciu fajnie się błyszczy
i nie łamie.
Trzeba tylko pamiętać, żeby wodę dodać OD RAZU, razem z czekoladą, bo inaczej mogą być nieprzyjemności w garnku ;)
Leję prosto z garnuszka, takiego z "dzióbkiem".
Cukru można dać mniej ale nie polecam nie dawać wcale - zrobiłam tak raz i ciacho było zdecydowanie zbyt wytrawne... (Sorry Andżelika ;))
Najważniejsza sprawa - w tym cieście w ogóle nie czuć szpinaku, nic a nic!
Jeśli ktoś o nim nie wie, to nie wie, zagadkowy jest tylko kolor - przecudny, świeży, zielony, wiosenny, no po prostu piękny!
W stosunku do oryginału zmiana polega na użyciu szpinaku świeżego zamiast mrożonego - i stąd właśnie taki a nie inny kolor ciasta. Ze szpinaku mrożonego kolor będzie bardzo ciemny zielony
i już ewidentnie widać, że to szpinak. Nie robiłam, widać to po zdjęciach.
Polecam Wam ten przepis gorąco i od razu spisujcie, żeby móc podać go dalej ;)
To co - w najbliższy weekend?
wtorek, 25 marca 2014
SZPINAK dla opornych - DANIE Z MAKARONEM
Szpinak.
Zmora dzieciństwa wielu ludzi, podobnie jak brokuł, brukselka
i inne zielone bleeee... Oczywiście, jak zwykle, wszystkiemu winny zły sposób przyrządzania. Paćki szpinakowe pamiętane z przedszkola
z pewnością nie przekonują nikogo do jadania szpinaku w dorosłym życiu.
A on jest przecież taki dobry! :)
Jako że wiosna niby już przyszła i powoli będzie można cieszyć się świeżym, wiosennym jedzeniem (na razie jeszcze z Hiszpanii ale co tam), dziś pokażę Wam, jak zrobić szpinak, żeby wszyscy zjedli ze smakiem a przy tym mieć wartościowy obiad w 20 minut.
Po pierwsze szpinak musi być świeży. Najlepiej zjadać go zaraz po kupieniu, choć oczywiście może poleżeć kilka dni w lodówce i nic mu nie będzie ale nie o to chodzi.
Im świeższy tym bardziej jędrne liście i ogólnie lepszy smak.
Po drugie myjemy go porządnie, żeby ziemia nie chrupała potem w zębach ;) Po trzecie - gotujemy.
Zaczynamy od wstawienia garnka
z wodą na makaron - razowe świdry albo spaghetti będą pasować najlepiej. Teraz kroimy szpinak - cały, łącznie z łodyżkami, usuwamy tylko grube końcówki. Ile szpinaku? Około 0,5 kg na 2 osoby to wg mnie minimum. Ważne, żeby nie pochlastać go za bardzo, liście mają być pokrojone (albo porwane rękami) na mniejsze kawałki a nie posiekane :) Nawet bardzo szerokie pasy skurczą się na patelni a przynajmniej będzie to potem wyglądać jak szpinak a nie np. pietruszka ;)
I teraz tak - wrzucamy makaron do garnka z gotującą się właśnie wodą; rozgrzewamy suchą patelnię, na patelnię przerzucamy górkę szpinaku, posypujemy pieprzem, solą i wyciskamy 2-3 ząbki czosnku, polewamy łyżką albo dwoma oleju, mieszamy wszystko i przez dosłownie 3-4 minuty trzymamy na minimalnym ogniu, właściwie tylko po to, żeby szpinak się ogrzał.
W tym czasie na małej patelence obok prażymy słonecznik (sucha patelnia i mały ogień, żeby nie spalić ziaren) i po kilku minutach, potrzebnych makaronowi na dojście do al dente - odcedzamy makaron i wykładamy na talerze, szpinak wykładamy na makaron, całość posypujemy uprażonym słonecznikiem i smacznego!
Jeśli w lodówce mamy zrobiony wcześniej czosnkowy dip słonecznikowy, będzie pasować idealnie.
A czemu w ogóle jemy szpinak? Bo zielony czyli chlorofil, żelazo, przeciwutleniacze a do tego super źródło wapnia i jeśli tylko nie macie przeciwwskazań do jedzenia go, warto włączyć go
na stałe do swojej diety.
A słynny obrzydliwy smak? Może niektórym trudno w to uwierzyć, ale szpinak jest naprawdę dobry, jeśli się go nie zabije czyli nie zrobi z niego miękkiej papki o smaku zgniłej trawy :P Liście mają pozostać liśćmi a kolor zielony zielonym; ogrzanie szpinaku w towarzystwie soli i czosnku z łyżką tłuszczu jest wszystkim, co trzeba zrobić, żeby doprowadzić go do formy obiadowej. I nie jest potrzebny ser feta, nie :))
Kiedy przyjdzie już sezon na młode liście, będziemy wcinać go na surowo, w postaci sałatowej, np. takiej jak ta.
A póki co możecie zacząć próbować obiadowo, jak my dziś :)
Daj-cie mu szansę! Daj-cie mu szansę! :))
Zmora dzieciństwa wielu ludzi, podobnie jak brokuł, brukselka
i inne zielone bleeee... Oczywiście, jak zwykle, wszystkiemu winny zły sposób przyrządzania. Paćki szpinakowe pamiętane z przedszkola
z pewnością nie przekonują nikogo do jadania szpinaku w dorosłym życiu.
A on jest przecież taki dobry! :)
Jako że wiosna niby już przyszła i powoli będzie można cieszyć się świeżym, wiosennym jedzeniem (na razie jeszcze z Hiszpanii ale co tam), dziś pokażę Wam, jak zrobić szpinak, żeby wszyscy zjedli ze smakiem a przy tym mieć wartościowy obiad w 20 minut.
Po pierwsze szpinak musi być świeży. Najlepiej zjadać go zaraz po kupieniu, choć oczywiście może poleżeć kilka dni w lodówce i nic mu nie będzie ale nie o to chodzi.
Im świeższy tym bardziej jędrne liście i ogólnie lepszy smak.
Po drugie myjemy go porządnie, żeby ziemia nie chrupała potem w zębach ;) Po trzecie - gotujemy.
Zaczynamy od wstawienia garnka
z wodą na makaron - razowe świdry albo spaghetti będą pasować najlepiej. Teraz kroimy szpinak - cały, łącznie z łodyżkami, usuwamy tylko grube końcówki. Ile szpinaku? Około 0,5 kg na 2 osoby to wg mnie minimum. Ważne, żeby nie pochlastać go za bardzo, liście mają być pokrojone (albo porwane rękami) na mniejsze kawałki a nie posiekane :) Nawet bardzo szerokie pasy skurczą się na patelni a przynajmniej będzie to potem wyglądać jak szpinak a nie np. pietruszka ;)
I teraz tak - wrzucamy makaron do garnka z gotującą się właśnie wodą; rozgrzewamy suchą patelnię, na patelnię przerzucamy górkę szpinaku, posypujemy pieprzem, solą i wyciskamy 2-3 ząbki czosnku, polewamy łyżką albo dwoma oleju, mieszamy wszystko i przez dosłownie 3-4 minuty trzymamy na minimalnym ogniu, właściwie tylko po to, żeby szpinak się ogrzał.
W tym czasie na małej patelence obok prażymy słonecznik (sucha patelnia i mały ogień, żeby nie spalić ziaren) i po kilku minutach, potrzebnych makaronowi na dojście do al dente - odcedzamy makaron i wykładamy na talerze, szpinak wykładamy na makaron, całość posypujemy uprażonym słonecznikiem i smacznego!
Jeśli w lodówce mamy zrobiony wcześniej czosnkowy dip słonecznikowy, będzie pasować idealnie.
A czemu w ogóle jemy szpinak? Bo zielony czyli chlorofil, żelazo, przeciwutleniacze a do tego super źródło wapnia i jeśli tylko nie macie przeciwwskazań do jedzenia go, warto włączyć go
na stałe do swojej diety.
A słynny obrzydliwy smak? Może niektórym trudno w to uwierzyć, ale szpinak jest naprawdę dobry, jeśli się go nie zabije czyli nie zrobi z niego miękkiej papki o smaku zgniłej trawy :P Liście mają pozostać liśćmi a kolor zielony zielonym; ogrzanie szpinaku w towarzystwie soli i czosnku z łyżką tłuszczu jest wszystkim, co trzeba zrobić, żeby doprowadzić go do formy obiadowej. I nie jest potrzebny ser feta, nie :))
Kiedy przyjdzie już sezon na młode liście, będziemy wcinać go na surowo, w postaci sałatowej, np. takiej jak ta.
A póki co możecie zacząć próbować obiadowo, jak my dziś :)
Daj-cie mu szansę! Daj-cie mu szansę! :))
poniedziałek, 10 marca 2014
Wegańskie DROŻDŻOWE RACUCHY Z JABŁKAMI
Czyli ajerkuchy bez ajerów ;)
Słodkie, puszyste,
z ciasta podobnego
do naleśnikowego,
z zatopionymi w nich jabłkami, mniam!
Miałam na nie super przepis od Babci
- z mąki, jajek i kefiru.
Po wegańskiej stronie życia mamy z tego tylko mąkę, więc długo nie było u nas ajerkuchów.
Ale - tęsknota jest matką rozwiązania, które jest - jak zwykle - banalne :)
Wystarczyło do zwykłego ciasta naleśnikowego dodać drożdży aby uzyskać ten sam efekt puszystego, przepysznego placka. Bez jajek. Bez kefiru. Bez czegokolwiek od zwierząt.
Częściowo żadne to odkrycie bo w wielu domach funkcjonują placki drożdżowe na co dzień;
dla mnie jednak jest to kolejne zwycięstwo w walce z utartymi przepisami na ciasta z jajkami oraz - co dla mnie ważne - dowód na to, że wspaniałe, Babcine przepisy też da się zweganizować :)) Więc - proszę bardzo - na śniadanie, drugie śniadanie albo podwieczorek - ajerkuchy
bez ajerów czyli bez jajek.
Potrzebna będzie letnia woda do rozmieszania drożdży więc wstawiamy wodę na kawę
i po chwili odlewamy sobie pół kubka (używam takiego 250 ml).
Do wody wrzucamy pokruszone drożdże - 1/4 kostki 100-gramowej - oraz kopiastą łyżkę cukru (albo dwie, jak lubicie bardzo słodkie) i mieszamy na gładką masę.
Do miski na ciasto wsypujemy kubek mąki (pszennej ale z orkiszowej wychodzą też wspaniałe), do tego wlewamy mieszaninę z drożdżami oraz pół kubka mleka sojowego i mieszamy porządnie, żeby nie było grudek.
Jeśli trzeba, można dolać trochę więcej mleka albo wody ale nie za dużo - ciasto ma być dość gęste, nie takie lejące jak na naleśniki; coś w rodzaju gęstej śmietany.
UWAGA: Można użyć również samej wody, bez mleka (czyli całego kubka wody) - wychodzą równie świetne.
Gotowe ciasto można smażyć od razu a można zostawić na chwilę, żeby podrosło. Tak czy inaczej najpierw jeszcze szykujemy jabłka - najlepiej, żeby były miękkie i słodkie. Obieramy ze skórki, kroimy na średniej grubości plasterki i teraz można zacząć smażenie placków.
Na rozgrzany olej kładziemy łyżkę ciasta, wciskamy do niego 2 plasterki jabłka, rozkładamy kolejne placki na patelni (na mojej mieszczą się 4 na raz) i właściwie od razu przekładamy pierwszy placek na drugą stronę, potem drugi itd. a po chwili ściągamy po kolei placki z patelni i smażymy następne.
Robią się bardzo szybko, rosną od pierwszego kontaktu z patelnią więc wystarczy, że się fajnie zarumienią i można przewracać na drugą stronę.
Jeśli chodzi o olej, najlepiej wlać go od razu więcej a nie dolewać w trakcie smażenia, wtedy placki wciągną mniej tłuszczu a brzegi będą fajnie chrupiące). Oczywiście można zrobić to równie dobrze na przesmarowanym tylko teflonie - kwestia indywidualnego wyboru czy zdrowsze czy smaczniejsze ;)
Z tej ilości ciasta wyszło mi 16 placków.
Gotowe placki posypujemy oczywiście cukrem pudrem i pożeramy jeszcze ciepłe :)) Smakują jak połączenie słodkich naleśników z domowymi pączkami i ciepłym jabłkiem, no po prostu bosko!
Jeśli moje starsze dziecko zjadło 8 czyli o 7 więcej, niż Jej ustawa przewiduje, to możecie być pewni, że warto je zrobić :)) SMACZNEGO!
Słodkie, puszyste,
z ciasta podobnego
do naleśnikowego,
z zatopionymi w nich jabłkami, mniam!
Miałam na nie super przepis od Babci
- z mąki, jajek i kefiru.
Po wegańskiej stronie życia mamy z tego tylko mąkę, więc długo nie było u nas ajerkuchów.
Ale - tęsknota jest matką rozwiązania, które jest - jak zwykle - banalne :)
Wystarczyło do zwykłego ciasta naleśnikowego dodać drożdży aby uzyskać ten sam efekt puszystego, przepysznego placka. Bez jajek. Bez kefiru. Bez czegokolwiek od zwierząt.
Częściowo żadne to odkrycie bo w wielu domach funkcjonują placki drożdżowe na co dzień;
dla mnie jednak jest to kolejne zwycięstwo w walce z utartymi przepisami na ciasta z jajkami oraz - co dla mnie ważne - dowód na to, że wspaniałe, Babcine przepisy też da się zweganizować :)) Więc - proszę bardzo - na śniadanie, drugie śniadanie albo podwieczorek - ajerkuchy
bez ajerów czyli bez jajek.
Potrzebna będzie letnia woda do rozmieszania drożdży więc wstawiamy wodę na kawę
i po chwili odlewamy sobie pół kubka (używam takiego 250 ml).
Do wody wrzucamy pokruszone drożdże - 1/4 kostki 100-gramowej - oraz kopiastą łyżkę cukru (albo dwie, jak lubicie bardzo słodkie) i mieszamy na gładką masę.
Do miski na ciasto wsypujemy kubek mąki (pszennej ale z orkiszowej wychodzą też wspaniałe), do tego wlewamy mieszaninę z drożdżami oraz pół kubka mleka sojowego i mieszamy porządnie, żeby nie było grudek.
Jeśli trzeba, można dolać trochę więcej mleka albo wody ale nie za dużo - ciasto ma być dość gęste, nie takie lejące jak na naleśniki; coś w rodzaju gęstej śmietany.
UWAGA: Można użyć również samej wody, bez mleka (czyli całego kubka wody) - wychodzą równie świetne.
Gotowe ciasto można smażyć od razu a można zostawić na chwilę, żeby podrosło. Tak czy inaczej najpierw jeszcze szykujemy jabłka - najlepiej, żeby były miękkie i słodkie. Obieramy ze skórki, kroimy na średniej grubości plasterki i teraz można zacząć smażenie placków.
Na rozgrzany olej kładziemy łyżkę ciasta, wciskamy do niego 2 plasterki jabłka, rozkładamy kolejne placki na patelni (na mojej mieszczą się 4 na raz) i właściwie od razu przekładamy pierwszy placek na drugą stronę, potem drugi itd. a po chwili ściągamy po kolei placki z patelni i smażymy następne.
Robią się bardzo szybko, rosną od pierwszego kontaktu z patelnią więc wystarczy, że się fajnie zarumienią i można przewracać na drugą stronę.
Jeśli chodzi o olej, najlepiej wlać go od razu więcej a nie dolewać w trakcie smażenia, wtedy placki wciągną mniej tłuszczu a brzegi będą fajnie chrupiące). Oczywiście można zrobić to równie dobrze na przesmarowanym tylko teflonie - kwestia indywidualnego wyboru czy zdrowsze czy smaczniejsze ;)
Z tej ilości ciasta wyszło mi 16 placków.
Gotowe placki posypujemy oczywiście cukrem pudrem i pożeramy jeszcze ciepłe :)) Smakują jak połączenie słodkich naleśników z domowymi pączkami i ciepłym jabłkiem, no po prostu bosko!
Jeśli moje starsze dziecko zjadło 8 czyli o 7 więcej, niż Jej ustawa przewiduje, to możecie być pewni, że warto je zrobić :)) SMACZNEGO!
niedziela, 2 marca 2014
KOTLETY SOJOWE A'LA RYBA W OCCIE
Przepis miał pojawić się przed Wigilią ale jakoś nie zdążył. No to będzie teraz, w sam raz na ostatki :)
Ryba w occie to było coś, za czym naprawdę tęskniliśmy po przejściu na wegetarianizm. Nie za samą rybą ale tym słodko-kwaśnym smakiem opanierowanego kawałka zmiękczonego octem.
Przepisu na wege "rybę" w occie szukaliśmy więc z takim samym zapałem jak przepisu na paprykarz bez ryby i smalec bez słoniny, chyba jak każdy początkujący wegus ;)
Przepis idealny znalazłam na puszce - dokładnie ten -, co prawda wegetariański ale zweganizowałam go bez zbędnych ceregieli, opuszczając po prostu obtaczanie "ryby" w jajku. Podróbka jest tak udana, że nasi goście, którzy jedzą to u nas po raz pierwszy, zawsze wiedzą, że to nie może być ryba ale nie mają pojęcia, co to w takim razie jest innego :D
Faktem jest, że prezentowana "ryba" nijak nie pasuje do "tekturowych" kotletów sojowych,
z których jest zrobiona a z wyglądu do złudzenia przypomina prawdziwą, co najmniej do momentu przekrojenia (w środku nie ma charakterystycznych płatków rybiego mięsa).
Ok, to robimy.
Po pierwsze trzeba przygotować kotlety sojowe - ok. 30 sztuk.
I tu od razu na początek uwaga - nie róbcie tak, jak mówią przepisy na opakowaniu czyli że zalać wrzątkiem i zostawić na ileś tam minut - takie kotlety są po prostu do bani.
Trzeba je normalnie ugotować (najlepiej w bulionie warzywnym albo - szybciej - w kostkach warzywnych) - czyli zalać zimną wodą, zagotować i pogotować 10-15 minut; potem odcedzić.
Przestudzone kotlety panierujemy po wegańsku czyli bez jajka.
Osobiście nie używam żadnych tzw. zastępników jajek ani innych glutów, nie odprawiam też żadnych szczególnych modłów nad tym panierowaniem; po prostu - kotlet obtaczam w tartej bułce, dociskam ją porządnie z obu stron i wierzcie mi, nic nie odpada ani w czasie smażenia ani potem.
Bułkę tartą najlepiej zrobić swoją (będzie na pewno bez mleka) czyli kupić bezmleczne bułki, wysuszyć i zmielić albo w ogóle samemu upiec bułkę i dalej tak samo; wszystko zależy od czasu, możliwości, itd.
Wracając - obtoczone w bułce kotlety smażymy elegancko z obu stron i odkładamy na bok, można układać je od razu w naczyniu, w którym będziemy je potem zalewać, np. w dużej misce czy innym garnku.
Teraz zalewa - robię prawie tak samo, jak w przytoczonym przepisie ale używam tylko jednej, głębokiej patelni, daję jednak trochę więcej octu a przyprawy w nieco innej kolejności (to jest związane u mnie z sympatią do cyklu 5 Przemian :) ) a więc:
- 2 duże cebule pokrojone w pióra zeszklić na oleju,
- posypać cebulę łyżeczką pieprzu, pomieszać;
- dodać 15 ziaren ziela angielskiego, przemieszać;
- zalać 1 litrem zimnej wody,
- dodać 1 łyżeczkę soli, pomieszać,
- po chwili wlać szklankę octu;
- kiedy woda się zagotuje dodać 2 liście laurowe,
- po chwili dodać łyżkę cukru
- i pogotować całość na wolnym ogniu przez około 20 minut.
Gorącą zalewą (czyli wszystkim co jest na patelni, łącznie z cebulą, kulkami, itd.) zalać kotlety, przykryć, odstawić do wystudzenia czyli iść spać a rano nie zeżreć wszystkiego bo inni też chcą się załapać :D
Smakuje naprawdę wybornie, spróbujcie koniecznie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







