Znajdź na blogu...

wtorek, 21 stycznia 2014

Wegańskie MUFFINKI GRYCZANE Z JABŁKAMI I ŻURAWINĄ

To nie jest mój własny przepis a tylko zmodyfikowany przeze mnie przepis Olgi Smile. Muffinki z niego są jednak tak wspaniałe, że już nie chce mi się kombinować z własnymi - te wychodzą zawsze super :)

Podane składniki to DOSKONAŁA kompozycja smakowa, choć jeśli użyjecie innej mąki, też będzie ok.

Nie bójcie się jednak mąki gryczanej, z mojego doświadczenia zapewniam Was, że wspaniale smakuje w słodkich zestawieniach.

A skąd ją wziąć? Ano zrobić - z kaszy gryczanej niepalonej - zmielić. Albo po prostu kupić, jak kto woli, nie ma z tym problemu.

Więc tak - przepis na podwójną porcję, 12 muffinek "king size" (lub odpowiednio 24 zwykłe):

- 500 g mąki gryczanej - lub innej

- mieszamy z 3 łyżeczkami proszku do pieczenia, 3 łyżeczkami cynamonu i pół łyżeczki soli;

- dolewamy 400 ml mleka roślinnego - u mnie zazwyczaj sojowe - oraz 100 ml oleju;

- dodajemy 3/4 szklanki rodzynek lub żurawiny oraz 3 jabłka pokrojone w drobną kostkę (ze skórką);

- mieszamy wszystko, przekładamy do formy, po wierzchu posypujemy cukrem i gotowe.


Pieczemy około pół godziny w 180 stopniach lub inaczej, jak tam każe Wam piekarnik :) Patyczek musi być suchy, to wystarczy.

Takie muffinki smakują przez cały rok ale teraz zimą tym bardziej Wam polecam - kasza gryczana, jabłka, żurawina - zdrowo i sezonowo :)

No to co, jeszcze kawka i SMACZNEGO! :)


UWAGA: dla NIE-miłośników wytrawnych smaków:
proszę sobie dodać do ciasta 100-150 g cukru :)




niedziela, 12 stycznia 2014

KOTLETY Z KASZY I SOCZEWICY czyli wegańskie karminadle


Myślałam, że przepisu na kotlety nie zobaczycie na tym blogu nigdy, ponieważ baaaaardzo rzadko je robimy w ogóle... Są jednak dania, takie jak kartofle z kapustą, do której taki kotlet "mielony" aż prosi się na talerz! :)  Dla wszystkich, którzy chcieliby spróbować wegańskich karminadli - przepis poniżej.


A tytułem wyjaśnienia: dlaczego rzadko robię kotlety? - taka historyjka.

Całkiem na początku, kiedy przestaliśmy jeść mięso, pojawiła się oczywiście kwestia: "to z czego teraz będziemy robić kotlety?". No bo wiadomo - kotlet w życiu człowieka to pozycja obowiązkowa, bez kotleta ani rusz. Więc - siedziałam w necie, szukałam przepisów, próbowałam różnych i jedliśmy - a to z pieczarek, a to z brokułów, a to z kalafiora, a to z jajek, z soczewicy, ciecierzycy i czego tam jeszcze nie było; nawet kotlety z krążków selera były oraz z cukinii, w panierce, a jakże!

Im dalej w las tym mniej to wszystko mi się jednak podobało, bo albo coś było za suche albo za mokre albo się rozpadało albo w smaku nijakie... Urobił się człowiek po pachy a efektu zero.

Aż przyszedł DZIEŃ OLŚNIENIA! - PO CO???
Po co gotować coś, potem to siekać, mieszać z innym pomielonym czymś i górą przypraw, taplać to wszystko w jajku, toczyć w tartej bułce a potem jeszcze smażyć i niby takie to zdrowe wegetariańskie jeść??! Przecież taki brokuł czy inna pieczarka nie ma już żadnej wartości odżywczej!! Nie lepiej ugotować brokuła i PO PROSTU GO ZJEŚĆ?? No jasne, że LEPIEJ!! :D

Mój kochany Mąż oczywiście zgodził się ze mną i to był początek końca kotletów wszelkiej maści w naszym domu. Jemy warzywa jako część obiadu w jak najmniej obrobionej postaci, tak, żeby wyciągnąć z nich jak najwięcej wartości odżywczych. Żadnych ugotowanych, pomielonych a potem usmażonych, dla mnie takie warzywa zaczęły jawić się jako "martwe", w sensie zero wartości, po co to jeść w ogóle??

Mam wrażenie, że stąd właśnie biorą się wegetarianie mający problemy z nadwagą i równocześnie jakieś niedobory żywieniowe - pchają sobie takie kotlety na talerz 5 dni w tygodniu (w dobrej wierze oczywiście) a oprócz smażeniny i panierek nie dają sobie z tego nic...

Wracając - kotletów u nas prawie nigdy nie ma, dlatego myślałam, że nigdy nic takiego nie napiszę. ALE. Ale przyszła zima i sezonowe jedzenie, w tym kapusta kiszona, a jak kapusta kiszona to z kartoflami a jak z kartoflami to karminadle muszą być ;) Kotlety, o których poniżej, zrobiłam raz i wyszły tak dobre, że z innymi nie kombinuję, jak mam już jakieś robić to tylko te - roboty mało, dobrych kotletów dużo, zmarnowanych warzyw zero a za to węglowodanowe bombki, po których nawet okruszki nie zostają...

A robi się je tak:

- szklankę kaszy gryczanej niepalonej oraz
- szklankę soczewicy czerwonej

przepłukujemy,
wrzucamy RAZEM do jednego garnka,
zalewamy 4 szklankami zimnej wody,
dodajemy płaską łyżeczkę soli,
stawiamy na ogień.

Kiedy woda się zagotuje, zmniejszamy płomień prawie do minimum i na wolnym ogniu gotujemy jakieś 20 minut, aż soczewica się rozpadnie i ta woda, która jeszcze jest w garnku, zrobi się od niej gęsta.
JESZCZE LEPIEJ JEST POCZEKAĆ AŻ DO CAŁKOWITEGO WYGOTOWANIA/ODPAROWANIA WODY, tylko trzeba przypilnować, żeby nie przypalić garnka - wtedy NA PEWNO kotlety się NIE ROZPADNĄ :))

Ugotowaną masę odcedzamy porządnie na sicie (chyba że już nie ma co odcedzać),
dodajemy zeszkloną w międzyczasie cebulę pokrojoną w drobną kostkę oraz
przyprawy - u mnie to jest pół płaskiej łyżeczki pieprzu, płaska łyżeczka sproszkowanego czosnku, kopiasta łyżeczka ziół prowansalskich i tyle :)

Oczywiście całość można doprawić sobie wg uznania - taka masa ma tę przewagę nad mięsnymi, że można ją w trakcie przyrządzania kosztować :)

Mieszamy wszystko elegancko, czekamy chwilę, żeby nie poparzyć rąk i ... zabieramy się za klejenie kotletów. JESZCZE LEPIEJ POCZEKAĆ AŻ MASA CAŁKOWICIE WYSTYGNIE, wtedy klejenie kotletów jest łatwiejsze.

UWAGA: masa jest dość lepka ale spokojnie daje się formować w kulki. NICZEGO NIE DOSYPUJCIE, PLEASE! Podzielę się z Wami patentem na lepienie tych kotletów tak, żeby wyglądały ładnie i nic się nie rozpadało na patelni.

Najpierw formuję kulki takie, jakie się udają, jednym cięgiem, bez płukania rąk po drodze i innych wygibasów. Układam je na desce (z tej ilości wyszły mi dziś 22 sztuki).
najpierw kotlety wyglądają tak

Teraz przepłukuję ręce ZIMNĄ wodą, strząsam tylko wodę, nie wycieram rąk i jeszcze raz biorę każdą kulkę do ręki i "uładzam". Co kilka sztuk powtarzam przepłukiwanie rąk w zimnej wodzie.
a uładzone wilgotnymi rękami tak
Te kotlety nigdy nie rozpadły mi się nie patelni, nic z nich nie opada w czasie smażenia a naprawdę nie dosypuję do nich żadnej mąki, bułki, nie lepię siemieniem ani innym glutem, wszystko tak, jak napisałam.

Gotowe kotlety rzucam na DOBRZE ROZGRZANY olej, rumienię chwilkę z każdej strony (BEZ PRZYKRYWANIA PATELNI OCZYWIŚCIE), ściągam delikatnie łyżką (w sensie, że nie widelcem, równie dobrze może to być jakaś łopatka :)) a potem już tylko nic, tylko jeść. Są bardzo lekkie, delikatne, takie jakby puszyste, nie wiem jak to określić, ale nie mają nic wspólnego z różnego rodzaju kotletowymi "gniotami" a smakują naprawdę wybornie! Jeśli moje starsze dziecię prosi o dokładkę, to muszę prawdę mówić :D


Do tych kotletów świetnie pasuje dip czosnkowy a dzisiaj jedliśmy tak po prostu, w towarzystwie brązowego ryżu, marchewki i buraków. SMACZNEGO! :)

P.s. W związku z tym, że pojawiły się głosy o rozpadaniu się kotletów SUGERUJĘ UGOTOWAĆ MASĘ NA KOTLETY WCZEŚNIEJ, NIŻ BĘDĄ POTRZEBNE (np. rano albo w ogóle poprzedniego dnia), porządnie ją wystudzić i formować kotlety dopiero z takiej zimnej masy. 
Pomijamy już wtedy hartowanie kotletów, tylko ulepione rzucamy prosto na patelnię, co w sumie zajmuje mniej czasu. Kotlety są pyszne, komu się udały ten potwierdzi, a komu nie, cóż, zawsze może zjeść jabłko na pocieszenie ;)

czwartek, 9 stycznia 2014

KARTOFLE Z KAPUSTĄ czyli panczkraut wegański


Baaardzo na czasie, bardzo sezonowe danie - ziemniaki z kapustą kiszoną!

Przepis dla Piotra, który w Szwajcarii tęskni za rodzinnymi smakami a do tego od pół roku weganizuje swoje jedzenie i czasem brak Mu weny...
My mieliśmy dziś a Ty - kiedy gotujesz? :)



Tak szczerze mówiąc, nie znam nikogo, kto nie lubi kartofli z kapustą a jeśli ktoś jeszcze tej potrawy nie zna - czas najwyższy! 

Od tradycyjnej postaci różni się użyciem oleju do natłuszczenia zamiast skwarek i dodatkami, którymi nie są karminadle ani żeberka ani golonka ani inne takie ale nie o to chodzi...

Sprawa jest prosta. Potrzebne są ziemniaki (troszkę ponad 1 kg) i dobra, kwaśna kapusta kiszona (1 kg). W jednym garnku gotujemy kartofle, w drugim kapustę, potem mieszamy jedno z drugim.

Kapustę gotujemy tak:

- poszatkowaną z lekka (żeby nie ciągnęła się za bardzo przy jedzeniu) wrzucamy do garnka, zalewamy mniej więcej do połowy zimną wodą, wstawiamy na ogień,
- kiedy woda się zagotuje dodajemy 1 listek laurowy, odrobinkę cukru (symbolicznie, niczym szczypta soli), 6 kulek ziela angielskiego, 1 pokrojoną w drobną kostkę cebulę
- i gotujemy tyle, ile w drugim garnku gotują się kartofle (osobiście nie cierpię rozgotowanego niczego, kapusty też!).



Ugotowane kartofle odcedzamy i gnieciemy porządnie (przyrządem do gniecienia ziemniaków a z jego braku - zwykłym widelcem).

Ugotowaną kapustę odcedzamy, natłuszczamy olejem, doprawiamy maggi (tak, tak, czasem używam :P) i mieszamy z kartoflami. 

Teraz staramy się nie wyjeść połowy obiadu przed obiadem :D


Podajemy np. z:

- głowami pieczarek w panierce - obieramy, obtaczamy w wodzie z solą i pieprzem (nie cudujemy z żadnymi magicznymi zamiennikami jajka), potem w mące ŻYTNIEJ (jedyna mąka nie dająca mącznego posmaku a moim zdaniem lepsza, niż bułka tarta), obrumieniamy z obu stron na patelni;

LUB

- głowami pieczarek bez panierki - obieramy, suche oprószamy pieprzem, solimy, obsmażamy na patelni z cebulką;
LUB

- wegańskimi "karminadlami" (coś a'la kotlety mielone) - szklankę kaszy gryczanej i szklankę soczewicy czerwonej gotujemy razem w jednym garnku (ok. 15-20 minut), odsączamy na sicie z ewentualnej reszty wody, solimy, pieprzymy, mieszamy z pokrojoną w drobną kostkę cebulką, ewentualnie jakieś zioła prowansalskie do tego, z masy formujemy kulki, lekko spłaszczamy, nie obtaczamy w niczym, smażymy z obu stron na oleju - wyglądają i smakują świetnie; SZCZEGÓŁOWY PRZEPIS DODAŁAM TUTAJ.

No to co - SMACZNEGO! :)


środa, 1 stycznia 2014

Z Nowym Rokiem nowym krokiem...

Witam w nowym roku 2014 :))

W tym szczególnym dniu, zaznaczanym w kalendarzach jako Nowy Rok;
dla wielu będącym często początkiem nowej drogi, nowych wyzwań, nowych wyborów, postanowień...

Mam życzenie dla świata i nadzieję, że choć częściowo będzie się spełniać - jak to mówi moja kochana Córka: "chciałabym, żeby wszyscy ludzie na świecie byli weganami"... :)
"Wszyscy" - to oczywiście nierealne ale "więcej i coraz więcej" - to spełnia się - JUŻ - na pewno! :)

DLA WSZYSTKICH, KTÓRZY MOŻE BY I CHCIELI ALE NIE WIEDZĄ DO KOŃCA 
CZY TO DOBRE JEST? CZY ZDROWE? CZY NA TYM DA SIĘ ŻYĆ ?
- kilka baaardzo pozytywnych filmików :))


Jeśli jeszcze myślicie, że trzeba jeść mięso, żeby mieć mięśnie i siłę... MYLICIE SIĘ :))
(nawiasem mówiąc ostatnio pękałam ze śmiechu po przeczytaniu świetnego porównania:
 "to jak często trzeba jeść mózgi?")


Można być aktorem, muzykiem, sportowcem...  
I być dobrym dla innych zwierząt i Ziemi...


Weganie kulturyści - czy to możliwe? :)


I na koniec - czyli DA SIĘ NA "TYM" ŻYĆ :))


Pozdrawiam wszystkich a zwłaszcza świeżo upieczonych wegan! ;)

piątek, 27 grudnia 2013

Wegańskie MAKÓWKI LUKSUSOWE

Święta, święta i po świętach... 
Została choinka, miłe wspomnienie i pusta micha po makówkach... 

No właśnie - MAKÓWKI - obowiązkowa potrawa wigilijna na Śląsku, w różnych domach robiona w różny sposób. 

Ja swoje pierwsze zrobiłam zupełnie nie-tradycyjnie (znalazłam wspaniały przepis w jakiejś książce kucharskiej) i było to wyjątkowo udane wyłamanie się ;) Ani moja Mama, ani Teściowa, ani żadna Babcia nie robiła TAKICH makówek, a różnym gościom posmakowały tak, że zaczęli brać ode mnie przepis. Co roku robiłam od razu podwójną porcję a potem jeszcze raz na Nowy Rok i właściwie była to dla nas główna słodycz do kawy na ten świąteczny okres... 

Aż przyszedł do nas weganizm. I co, co z makówkami??! Podstawowe składniki w tym przepisie - oprócz maku rzecz jasna - to śmietanka tortowa 36% i bułka mleczna... 

W tamtym roku jeszcze się złamałam i zrobiłam oryginalne, natomiast w te święta już nie było takiej opcji, więc - postanowiłam ten boski przepis zweganizować. 
I wiece co? Jak zwykle - weganizm jest prosty! :) Makówki wyszły wspaniałe i dzielę się koniecznie, żebyście zdążyli jeszcze spróbować - na Nowy Rok :)

Proces produkcyjny zaczęłam uwieczniać dopiero w połowie bo wcześniej kręcące się wokół Córcie skutecznie mi to uniemożliwiały ale jak wygląda mak każdy wie, więc zakładam, że nie będzie problemu ;)
Podaję przepis od razu na podwójną porcję, kto chce może zrobić pojedynczą ale będzie żałować!

Składniki:

- mak - 40 dkg
- migdały - 20 dkg
- cukier puder - 10 dkg
- laska wanilii - 2 sztuki
- do wyprodukowania śmietanki: nerkowce - 30 dkg
- zamiast bułki mlecznej: bagietka - 40 dkg
- kokos do ozdoby

I teraz tak. Najlepiej zacząć od ugotowania maku. ZMIELONY mak zalewamy wrzątkiem i gotujemy jakieś pół godzinki do 40 minut, potem wykładamy na sito i zostawiamy, żeby go porządnie odsączyć.

W tzw. międzyczasie szykujemy migdały czyli zalewamy wrzątkiem, czekamy chwilkę i jeszcze gorące szybko wypstrykujemy ze skórek (jak zdążą ostygnąć to znowu trudno je obrać). 

W tym samym międzyczasie ;) zalewamy wrzątkiem nerkowce i zostawiamy na jakieś pół godzinki, żeby napęczniały.

Ok, mak odsączony, migdały obrane, więc teraz mielimy mak z migdałami 3 razy i mieszamy porządnie z połową cukru pudru. I  masa makowa gotowa :) 

Dla szczęśliwych posiadaczy Vitamixa - wystarczy wrzucić wszystko do blendera, turbo 30 sekund plus kilka ruchów popychaczem i już :) 
Gorzej z wyciąganiem masy z dna ale to co zostanie polecam zalać mlekiem roślinnym pół litra, dodać 2 banany, zmiksować i mamy przepysznego świątecznego szejka :)

Bułkę kroimy w drobne kosteczki. Jeszcze tylko śmietanka i prawie koniec pracy...

Namoczone nerkowce odsączamy i produkujemy wegańską śmietankę tortową w taki sam sposób jak mleko z nerkowców, tyle że orzechów jest więcej a dodajemy znacznie mniej wody, tak żeby wyszło 600 ml gęstej śmietanki. 

Gotową śmietankę blendujemy z drugą połową cukru pudru i WANILIĄ - Vitamix pomieli całość, w innym przypadku trzeba laskę przeciąć wzdłuż i wyskrobać ziarenka a łodyżkę zetrzeć na drobnej tarce - i teraz już wszystkie komponenty wystarczy odpowiednio połączyć :)
(Nawiasem mówiąc - taka śmietanka smakuje jak pewne lody na "M", następnym razem spróbuję ją zamrozić...)

Do miski układamy kolejno:
- warstwę pokrojonej bułki, którą polewamy śmietanką, dobrze ją rozprowadzając
- warstwę masy makowej
- warstwę bułki
- śmietankę
- mak
- i jeszcze raz tak samo
- i na górę kołderka z wiórków kokosowych

- i na kilka godzin do lodówki
- i nie możemy się doczekać, żeby do michy tej się dobrać :)

Ważna uwaga - NIE OSZCZĘDZAJCIE NA WANILII - nie zamieniajcie jej na cukier wanilinowy czy jakieś aromaty czy cokolwiek innego, ponieważ boskość smaku tkwi w tym szczególe, wierzajcie mi!

I jeszcze - nie dodajemy kokosu między warstwami, ani rodzynek ani żadnych innych bakalii do masy makowej itp. bo PRZESADA ZABIJA PRAWDZIWY SMAK a tutaj smakiem jest właśnie mak z migdałami i słodką śmietanką waniliową.


Dlatego też są to makówki luksusowe; bo nie na wodzie albo mleku tylko śmietance nerkowcowej z wanilią, no ale przecież świąteczny stół wart jest tego, że miska makówek wychodzi 50 zł :) 
(Tym bardziej, że nie wydajemy już tych pieniędzy na zabijanie karpia dla uczczenia Bożego Narodzenia...)

Próbujcie, kosztujcie i dzielcie się wrażeniami, my jesteśmy w tym smaku zakochani!


Przy okazji prawdopodobnie ostatniego wpisu w tym roku:

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO W NOWYM ROKU 
DLA WAS WSZYSTKICH!

Dziękuję, że jesteście, że czytacie, komentujecie i proszę:
bądźcie nadal bo z Wami ten blog ma sens... 

Do zobaczenia w styczniu! :)


niedziela, 15 grudnia 2013

Wegańskie CIASTO Z JAGLANKI DOSKONAŁEJ ;)

Jak obiecałam tutaj, ciąg dalszy właśnie nastąpi...

Jeszcze nie było u mnie żadnego ciasta (a jemy ich dużo) więc... :))

Tytułem wstępu - to ciasto powstało jako totalny eksperyment (czyli "dosypiemy mąki, upieczemy i zobaczymy czy to da się zjeść") ale był to eksperyment tak bardzo udany, że od tego dnia często gości na naszym stole, bo jest po prostu super!



Pysznie smakuje, jest fajnie wilgotne, nadziane bakaliami, naturalnie słodkie i bardzo sycące - wspaniałe na deser i jako przekąska w ciągu dnia, taki trochę "baton energetyczny" ;)


Robi się błyskawicznie, wszyscy chwalą, no to w końcu - dzielę się :))

Zakładając, że nie zjedliśmy całej jaglanki na śniadanie i nie mamy ochoty dojadać jej jutro robimy tak:

- włączamy piekarnik, żeby już się nagrzewał (na taką temperaturę, w jakiej zwykle pieczemy ciasta - wiadomo, co piekarnik to inaczej),

- przekładamy to, co zostało w garnku do jakiejś większej miski i rozdziabujemy widelcem na małe kawałeczki:

- dosypujemy mąkę - obojętnie jaką (robiłam już z pszenną białą, razową, żytnią, gryczaną, orkiszową, zawsze wychodzi dobrze) - mniej więcej szklankę do dwóch, zależy ile zostało jaglanki; chodzi o to, żeby wszystko porządnie w tej mące obtoczyć,

- dodajemy trochę proszku do pieczenia,

- chlust oleju (tak mniej więcej pół szklanki)

-  i drugi chlust mleka (u mnie sojowe) - to już naprawdę na wyczucie -  tyle, żeby wymieszana masa była trochę mokra ale bez pływającego wokół płynu, takie małe "błotko" musi się zrobić ;)

- opcjonalnie można sypnąć dodatkowych orzechów, np. włoskich,

- przekładamy błotko do formy,

- na wierzchu układamy pokrojone w grube plastry jabłko,

- posypujemy troszeczkę cukrem (albo nie),

- wkładamy do piekarnika,

- wypowiadamy jak zwykle zaklęcie "ciasto, ciasto, udaj się bo chcemy cię zjeść!" :))

- i po jakimś czasie, krótszym niż godzina (u mnie to jest zawsze na oko ale jakieś 45-50 minut, chociaż jak będzie godzinę to też nic się nie stanie) wyciągamy z piekarnika,

- czekamy aż się przestudzi, posypujemy cukrem pudrem (albo nie) i ...

- dziecko, które nie cierpi jaglanki w postaci śniadaniowej, "wciąga nosem" 2 kawałki jaglankowego placka na podwieczorek :)

- A my z nim! :))

To ciasto wspaniale sprawdza się zamiast kanapek do pracy czy na uczelnię, kiedy nie ma warunków, żeby zjeść coś porządnego a z czegoś energię trzeba produkować; również jako przegryzka - zamiast tabliczki czekolady albo dwóch - dla zabieganych matek karmiących i tym podobnych przypadków ;)



P.s.
Ostatnio w ramach eksperymentu na eksperymencie :P domieszałam do masy mąki jaglanej - placek wyszedł suchawy więc:
- przekroiłam każdy kawałek w poprzek, przesmarowałam czarną porzeczką, skleiłam spowrotem i ... też zjedzone całe :)

Polecam Wam to ciacho , zawsze się udaje i zawsze jest pyszne;
jestem pewna, że tak jak u nas, na stałe wejdzie do Waszego menu!


piątek, 29 listopada 2013

JAGLANKA DOSKONAŁA :)

KASZA JAGLANA. 

Na początku swojej wege-drogi nawet nie kojarzyłam, co to za kasza...

Okazało się, że to piękna, złocista, smaczna i zdrowa, najstarsza ze znanych,

KRÓLOWA WSZYSTKICH KASZ.

Dzisiejszy wpis powstaje z myślą o początkujących jaglanko-fanach ;) którzy jeszcze nie wiedzą, jak zrobić z tej kaszy pyszne, sycące, energetyczne wegańskie śniadanie. (Dla starych wyg będzie on wstępem do kolejnego posta ale to już niespodzianka :))

Na początek - trochę wiedzy:

- przede wszystkim jest to kasza bez glutenu, co ma znaczenie dla osób z koniecznością (lub wyborem) diety bezglutenowej; nie uczula - dobra dla alergików;

- jest zasadotwórcza (!) czyli pomaga odkwasić organizm (bo zakwaszony organizm = chory na wszystko); oprócz niej tylko kasza gryczana ma również takie właściwości; 

- źródło łatwo przyswajalnego białka i stopniowo uwalnianych węglowodanów, błonnika oraz:

-  witamin z grupy B, krzemu (to rzadkość! a krzem = zdrowe stawy i kości, włosy, skóra, paznokcie), również magnezu, potasu, wapnia, żelaza, fosforu i miedzi, wit. E (witamina młodości) i lecytyny (mózg = pamięć i koncentracja) oraz antyoksydantów;

- działa antywirusowo, pomaga odśluzować organizm (przy katarze czy chorobach oskrzeli warto jeść codziennie), rozgrzewa;

- kaloryczna ale lekkostrawna i łatwo przyswajalna; polecana jako pierwsza kasza dla małych dzieci oraz  kobietom w ciąży...


No tak, widzimy już, że kasza jaglana jest wspaniała ale jak ją jeść?

Można na słono, można na słodko;
u nas w wersji słodkiej 2-3 razy w tygodniu - na śniadanie oraz... podwieczorek ale o tym w następnym poście :)

Kwestia gotowania, przelewania wrzątkiem (w celu pozbawienia goryczki), itd. - każdy ma swoje sposoby; ja, drogą dedukcji doszłam do konkluzji, że... ;) Ok, robię tak:

- wstaję z łóżka :)) idę do łazienki a potem od razu do kuchni i:

- 1 kubek kaszy (250 ml) przepłukuję na sicie pod bieżącą gorącą wodą, po czym wrzucam do garnka i zalewam 2 kubkami zimnej wody,

- od razu dodaję sól (1/3 małej płaskiej łyżeczki) i mieszam, stawiam na ogień,

- szybko dorzucam (przepłukane) moje ulubione dodatki, które wygrały wszystkie możliwe próby i kombinacje i to one właśnie sprawiają, że jest to dla mnie "jaglanka doskonała" :) - są to: suszone figi (12-20 sztuk), suszone (naturalnie) morele (12-20 sztuk), suszona żurawina (duża garść) i jakieś orzechy - albo brazylijskie albo nerkowce albo laskowe (też porządna garść) + 2 łyżeczki cynamonu,

- mieszam wszystko i to jest ostatni raz, kiedy mieszam w garnku (no bo jak nie przypalić kaszy? NIE MIESZAĆ!).

- Garnek przykrywam pokrywką, czekam chwilę i kiedy woda się zagotuje zmniejszam ogień do minimum i - teraz jest czas, żeby przebrać siebie, przebrać dziecko, podmalować oko, włączyć muzykę, przygotować jakieś herbatki i stół do śniadania, wszystko razem jakieś 20 minut;

- w tzw. międzyczasie zaglądam do garnka i jeśli już nie widzę wody - wyłączam gaz i zostawiam jeszcze pod przykryciem na bliżej nie określoną chwilkę, potrzebną do dokończenia różnych porannych czynności :)

Czasem zdarzy się, że widać, że ziarna są jeszcze twardawe, wtedy dolewam jeszcze pół kubka wody i zostawiam na gotowaniu a dopiero kiedy ta dodatkowa woda "zniknie" wyłączam gaz.




Na koniec do garnka leci chlust oleju/oliwy i dopiero teraz mieszam całość porządnie, nakładam do miseczek/na talerze, na górę dokładam pokrojonego w plasterki banana, delikatnie mieszam wszystko, żeby banan przejął ciepło od kaszy i... ŚNIADANIE BOGÓW MOŻNA ZACZĄĆ :))





A teraz P.S.

W jednym z wcześniejszych postów wspomniałam, że nie powinno łączyć się ze sobą fig (wapń) i żurawiny (szczawiany utrudniające przyswajanie wapnia). W tym przypadku walory smakowe wygrywają u mnie ze wskazaniami żywieniowymi - po prostu lubię takie połączenie i już ;)

Figi gotujące się z kaszą wspaniale pęcznieją i dosłownie pękają potem pod naciskiem widelca; słodkie jak miód, w połączeniu z morelami sprawiają, że całość jest wystarczająco słodka bez innych dodatków. Kwaskowata żurawina między nimi jest świetnym uzupełnieniem smaku a chrupiące w zębach orzechy przeciwwagą do miękkiej reszty - pełna harmonia, jak yin i yang :))

Ogólnie po takim śniadaniu nie chce się jeść do południa, naprawdę!

wersja z figami, rodzynkami i migdałami - też dobra ale nie aż tak ;)

Fajna informacja:

Jeśli nie zjecie wszystkiego, nie przejmujcie się, resztę można włożyć do lodówki a następnego dnia tylko dolać troszkę wody, podgrzać i mieć super śniadanie od ręki :)

Można też zrobić coś innego - i o tym właśnie w następnym poście...

ZAPRASZAM!






wtorek, 26 listopada 2013

SOCZEWICA Z KASZĄ I WARZYWAMI - wersja 2 - ZUPA :)


Jako że czasu mało, dziś będzie szybko; ostatnio obiecałam ciąg dalszy do tego przepisu więc oto i on... 

Nie wiem jak u Was ale u mnie z tej ilości tego dania ZAWSZE coś zostanie i to "coś" to czasem jest nawet połowa. Jest to tak sycący zestaw, że nie jesteśmy w stanie zjeść całości od razu.


Generalnie staram się przygotowywać zawsze świeży posiłek, jestem przeciwniczką zostawiania resztek "na potem", odgrzewania a już nie daj panie mrożenia i odgrzewania, itp. Jednak niektóre potrawy aż się proszą o zostawienie "na potem" bo "potem" po prostu smakują jeszcze lepiej... I taki właśnie jest ten obiad, a że nie lubimy jeść drugi raz tego samego, to:

warzywa z soczewicą z patelni - do garnka; kasza - do tego samego garnka; 
garnek - do lodówki.

A NASTĘPNEGO DNIA:

- dolewamy przegotowanej albo innej dobrej do spożycia wody,

- całość podgrzewamy (tylko już nie gotować, please!),

- doprawiamy bo smak lekko się rozwodnił ;)

- dolewamy oliwy, jeśli tłuszczyku za mało,

- posypujemy świeżą zieloną pietruszką 

- i mamy pyszną, sycącą jarzynowo-kaszowo-soczewicową ZUPĘ :))

No to tyle, serdeczne pozdrowienia dla kml z WD :))