Znajdź na blogu...

poniedziałek, 2 listopada 2015

MUFFINKI BURACZANO-KOKOSOWE Z CZEKOLADĄ (vel muffinki z Talbota)

Dzisiejsze muffinki to w zasadzie ani nic nowego ani specjalnie odkrywczego, raczej wykorzystanie sprawdzonych i dobrze funkcjonujących przepisów na MUFFINKI BANANOWE i MUFFINKI KOKOSOWO-SZPINAKOWE, z małą kombinacją co do składników.

Wyszło to kombinowanie jednak całkiem smacznie, więc mogę Wam polecić do spróbowania.

Piekłam wczoraj buraki, a potem dynię i chciałam przy okazji wrzucić jakieś szybkie ciasto do pieca, najlepiej muffinki bo najprostsze i dobrze się je. Wykorzystałam jednego upieczonego buraka i 40 minut później wyciągałam z pieca buraczane ciacha, jak zwykle banalne do zrobienia.

Do jednej miski wsypujemy:

- 2 szklanki mąki,
- 1 szklankę wiórków kokosowych,
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia.

Do drugiej miski składniki mokre:

- 2 małe dojrzałe rozgniecione banany, robiące nam za substytut jajka i cukru równocześnie (w przypadku braku małych bananów wystarczy 1 średni, byle dojrzały),

No dobra, to są muffinki z Talbota 
(kto oglądał "True Blood", ten wie, o co chodzi ;))
- 1 duży, upieczony, obrany ze skórki i zmiksowany burak,

- 2 łyżki oleju kokosowego (lub 1/3 szklanki innego),

- pół szklanki mleka sojowego (akurat takie miałam otwarte w lodówce ale oczywiście może być inne) lub nawet samej wody.

No i jak to z muffinkami, trzeba:

- wymieszać składniki suche,
- wymieszać składniki mokre,
- wymieszać jedne z drugimi (ale nie zbyt mocno, bo muffinki wyjdą zbite i gumowate, jak te moje troszeczkę tym razem :P),
- przelać ciasto do foremek (od razu, żadnego czekania, bo nie wyrosną!),
- po wierzchu obsypać jeszcze kokosem i ewentualnie odrobiną cukru trzcinowego
- piec do suchego patyczka czyli około pół godziny w temp. 180 stopni.

Gotowe muffinki zostały oblane czekoladą, taką zwykłą gorzką lekko podrasowaną czyli:

- pół tabliczki czekolady rozpuszczamy w garnuszku z dodatkiem małego chlusta wody,

- dodajemy pół łyżeczki cynamonu, szczyptę soli i jeśli ktoś chce, trochę cukru,

- mieszamy wszystko, dodajemy odrobinę oleju i kiedy czekolada lekko zgęstnieje wylewamy ją na ciacha.

Na górę jeszcze raz wiórki kokosowe i w zasadzie można jeść od razu, oblizując palce z czekolady ;)

Niestety po upieczeniu nie widać już tego pięknego buraczanego koloru, jakie miało surowe ciasto, jedynie po wierzchu jest trochę różowawo, ale smak jest jak najbardziej buraczano-kokosowo-czekoladowy (nie bananowy!), całkiem fajny, taki ewidentnie jesienny, podoba mi się :)

Z tej ilości składników wyszło mi 12 sztuk king-size/ów (mam 2 formy na 6 muffinek) i muszę powiedzieć, że wyjątkowo nie umiałam zjeść więcej, niż 2 na raz, są bardzo sycące.

No więc mam nadzieję, że smacznego i do zobaczenia!
W następnym wpisie zupa-krem z pieczonej dyni i surowej papryki, taka w 10 minut ;)


sobota, 31 października 2015

Wegański zestaw: FRYTKI, KOTLET I SURÓWKA ;)

Bywają czasem dni, kiedy planuje się obiad od rana, z pieczeniem ciasta i kręceniem kremów czekoladowych, a tu nagle słońce wychodzi tak, że po prostu szkoda siedzieć w domu i lepiej wyjść na spacer z dziećmi, bo jutro może już nie być tak pięknie...

Po powrocie z 2-godzinnego spaceru obiad powinien być już-teraz-natychmiast, więc nie ma czasu na nic innego jak fryty-kotlet-surówka :)

Fryty gotowe ze sklepu, wystarczy rozgrzać piekarnik i wrzucić je na blachę, w międzyczasie przygotować kotlety z tofu czyli pokroić kostkę tofu na plastry, posolić, obtoczyć w tartej bułce albo nie i usmażyć (na oleju kokosowym oczywiście), no i jeszcze surówka, czyli wyciągamy kapustę kiszoną ze słoika od mamy, do drugiej miski ogórki kiszone z drugiego słoika od mamy, do tego pomidory, czerwona papryka, trochę sałaty i pół godziny po powrocie ze spaceru można JEŚĆ.

Taki trudny ten weganizm, faktycznie ;)

Jeśli potrzebujecie więcej inspiracji na szybkie jedzenie na co dzień, wpadajcie na FANPEJDŻ BLOGA na facebook, codziennie kilka wpisów, SMACZNEGO!

P. s. Do pełnej rozpusty dodajemy sobie na talerz tofu wędzone po prostu pokrojone w plasterki, uwielbiam!


piątek, 30 października 2015

PASTA Z SUSZONYCH POMIDORÓW z amarantusem ekspandowanym

Heloł!

Wiem, że PASTA Z SUSZONYCH POMIDORÓW  była już na blogu ale tamten wpis nie wyczerpał wszystkich jej możliwości.

W ciągu roku zdążyłam wypróbować jeszcze inne opcje, dosypując do bazy (czyli suszonych pomidorów w oleju z ziołami) a to sezamu, a to żurawiny, a to namoczonych suszonych jagód goi (wcześniej pisałam o słoneczniku, pestkach dyni i oliwkach).

Te różne dodatki to takie drobiazgi, które są bardzo wartościowe odżywczo ale bardzo trudno dać to ludziom, a zwłaszcza dzieciom, do jedzenia tak po prostu na co dzień.

W paście można doskonale przemycić to wszystko (oczywiście nie na raz tylko zamiennie), ponieważ jest elegancko zmielone i przede wszystkim NIE WIDAĆ, co jest dodane :P

Smak suszonych pomidorów jest tak intensywny, że te 4 łyżki dodatków nigdy nie przebiją się przez niego i moje dzieciaki ochoczo wciągają kolejne kanapki nie wiedząc, że jedzą właśnie te okropne pestki dyni albo ten niedobry sezam albo np. siemię lniane.

Przy okazji mamy najlepszą formę podania ziaren i pestek czyli ZMIELONĄ, i jest to forma najlepsza nie tylko dla dzieci, ale również dla dorosłych, ze względu na lepsze wykorzystanie i przyswajanie tych wszystkich dobroci przez organizm.

Ostatnio wpadłam na pomysł, żeby dosypywać do pasty POPPING Z AMARANTUSA, który jest jedyną możliwą u nas do przełknięcia formą jedzenia tego ziarna w ogóle.

Amarantus, chociaż tak bogaty i zdrowy, jest dla nas tak niesmaczny, że nie jesteśmy w stanie jeść go ani do obiadu, ani w formie płatków śniadaniowych, ani makaronów z jego dodatkiem, nic.

Popping natomiast ma bardzo łagodny smak i można sypać go wszędzie nie martwiąc się już o obróbkę termiczną czyli unikając też specyficznego zapachu przy gotowaniu amarantusa.

Tak więc dmuchany amarantus wylądował w paście pomidorowej i chociaż jego dla odmiany widać, to nikomu nie przeszkadzał, więc na pewno wchodzi w jej skład na stałe.

Oprócz amarantusa wmieszałam też 4 łyżki świeżo zmielonego lnu i trochę żurawiny.

Teraz, kiedy ze świeżymi pomidorami trzeba już się pożegnać, pasta z pomidorów suszonych będzie u nas baaaardzo często. Tym lepiej więc, że kolejny wartościowy dodatek zyskał w niej fajny nośnik.

Kto nie próbował, najwyższy czas! SMACZNEGO :)


środa, 28 października 2015

KOTLETY Z RYŻU, PAPRYKI I JARMUŻU - rasta ;)

Pamiętacie, jak pisałam kiedyś, dlaczego nie robię kotletów lepionych z różnych składników?

Kto nie pamięta lub nie zna tego wpisu, może zajrzeć TUTAJ, przy okazji łapiąc przepis na kotlety z kaszy i soczewicy.
Kto czytał i pamięta, ten wie, nie robię i już ;)

Ostatnio jednak miałam ambicję popełnić takie GOŁĄBKI Z JARMUŻEM BEZ ZAWIJANIA,  ale okazało się:

- najpierw, że nie mam kaszy gryczanej, chociaż myślałam, że mam - no dobra, zrobimy z ryżem, będzie bardziej tradycyjnie;

- UGOTOWAŁAM 200 G RYŻU;

- potem, że jednak nie mam pieczarek w lodówce, chociaż myślałam, że jeszcze są - no kurde, to co do tego ryżu?

- o, jest papryka, dobrze pasuje do ryżu;

- POKROIŁAM 2 DUŻE CZERWONE PAPRYKI W KOSTKĘ I WRZUCIŁAM DO UGOTOWANEGO RYŻU;

- no ale skoro bazą jest ryż, to po co mi fasola, przecież ryż dobrze lepi się sam;

- o, pokoloruje się ryż kurkumą i będzie fajny kolor;

- DODAŁAM PÓŁ ŁYŻECZKI KURKUMY DO FARSZU I WYMIESZAŁAM DOBRZE;

- to może zawinąć ten farsz w cały liść jarmużu po prostu?

- JARMUŻ ZOSTAŁ CAŁKIEM NA POCZĄTKU ZALANY WRZĄTKIEM I POZOSTAWIONY, ŻEBY ZMIĘKŁ;

- no to spróbowałam. Dobrze, że najpierw tylko jednego, bo po usmażeniu "gołąbka" i zdejmowaniu go z patelni rozwalił się tak elegancko, że połowa farszu wyleciała ze środka już w drodze na talerz...

Oczywiście osuszyłam najpierw liść, odcięłam grubą łodygę, pogniotłam cieńsze żyłki, zawinęłam dobrze, obchodziłam się ostrożnie na patelni ale to nie dla mnie po prostu, nie nadaję się!

No dobra kurde, to co z tym zrobić teraz ? Chyba już tylko kotlety... Więc:

- POKROIŁAM JARMUŻ NA DROBNE KAWAŁKI, usuwając wcześniej grube łodygi; ile go było wagowo nie wiem, kilka liści, na oko, żeby proporcjonalnie pasował do reszty,

- DODAŁAM JARMUŻ DO RYŻU I PAPRYKI I PRZYPRAWIŁAM CAŁĄ MASĘ: pieprzem, czosnkiem i solą,



- ULEPIŁAM KOTLETY (lepiły się cudnie, jak to ryż) I OBTOCZYŁAM W POPPINGU Z AMARANTUSA, bo ładnie wygląda ;)

- USMAŻYŁAM NA OLEJU KOKOSOWYM, na cienkiej warstewce i dosłownie po chwilce z każdej strony.

W międzyczasie, tuż po tym, jak gołąbki z jarmużem zaczęły przeistaczać się w kotlety z ryżu i jarmużu, wrzuciłam szybko ziemniaki do piekarnika, żeby coś do tych kotletów mieć, a do miski pokroiłam pomidory, wymieszałam z roszponką, posoliłam i już była sałatka.

Tak oto czasem wygląda moje gotowanie, kiedy nie mam głowy nawet, żeby kontrolować zawartość szafek. Myślę, że coś mam, a tu się skończyło, wydaje mi się, że czegoś nie mam, a tu niespodzianka, jest...

Nie przejmuję się tym jednak, nie żyję po to, żeby ciągle sprawdzać aktualne zapasy jedzenia, grunt, żeby ostatecznie coś na ten obiad było, no i chyba bez tragedii te nieudane gołąbki, co? ;)

Smakują jeszcze lepiej pomazane ketchupem mojej mamy, choć inny też pewnie da radę... SMACZNEGO :)






poniedziałek, 26 października 2015

EKSPRESOWE SPAGHETTI NA SOKU POMIDOROWYM

Wczoraj był taki śmieszny dzień, "pasta day" czyli święto makaronu.
Nawet moje dziecko kręciło głową na fakt, że makaron ma swój dzień, "przecież to tylko jedzenie, mamo, jak może mieć swoje święto?!". Ano może, i to światowe...

Spaghetti wieczorem jedliśmy nie z okazji tego święta, tylko z okazji bardzo zajętego dnia, w którym nie było czasu na gotowanie obiadu.
U nas jest to danie ratunkowe, bo super ekspresowe, a jednak pożywne, więc nadaje się idealnie na takie sytuacje.

Wrzuciłam zdjęcie na fb i zostałam poproszona o dokładny przepis, no i okazało się, że jakimś tajemniczym sposobem pominęłam do tej pory spaghetti na blogu, a to jedno z naszych ulubionych dań przecież!

No więc dziś jest ten wielki dzień ;) "dzień po pasta day 2015", kiedy super ekspresowe i przepyszne spaghetti ląduje wreszcie na stronie Wszystko jest w głowie :))

Pisałam już kiedyś o EKSPRESOWYCH ZUPACH POMIDOROWYCH na bazie soku pomidorowego i dokładnie w ten sam sposób powstaje nasz sos do spaghetti, a także sos do pizzy.

To zdecydowanie lepsza wersja, niż sos ze świeżych pomidorów (które lepiej sobie zjeść świeże, tak po prostu) lub z koncentratu pomidorowego (którego nie używam już lata świetlne) - karton soku pomidorowego wlać na patelnię, przyprawić, odparować i jeść, brzmi dobrze?

Ok, dokładnie robimy to tak:

- litr soku pomidorowego wlewamy do głębszej patelni, włączamy średni ogień, nie przykrywamy,
- teraz wstawiamy wodę na makaron,
- przepłukujemy 2 garści łuskanego słonecznika i wrzucamy do gorącego już soku, żeby miękł i rozpadał się w czasie gotowania sosu,
- przyprawiamy: pół łyżeczki pieprzu, 2 duże ząbki czosnku,  garść oliwek, 2 duże łyżki suszonej bazylii,
- dodajemy łyżeczkę oleju i mieszając od czasu do czasu pozwalamy sosowi gęstnieć.

W międzyczasie szykujemy talerze, jakieś sałatki, pomidorki i co tam chcemy do przegryzania i popijania, wykładamy makaron na talerze, polewamy gotowym sosem, posypujemy jeszcze prażonym słonecznikiem albo płatkami drożdżowymi albo niczym, bo ktoś nie lubi "śmieci" na górze ;) i już.

Do sosu można dodać jeszcze suszonych pomidorów, będzie wtedy bardzo, bardzo pomidorowy.

Całość przygotowań zajmuje do 30 minut od wejścia do kuchni, a danie jest naprawdę smaczne i sycące, polecam :)






środa, 21 października 2015

Słoneczne SMOOTHIE MANGO + BANANY



Na taki szary dzień jak dziś jest tylko jeden sposób:

2 mango + 3-4 banany i nic więcej, zblendować, wypić, rozkoszować się echem na podniebieniu.

Mówiłam już, że kocham mango? :)

Trzymajcie się jakoś!

wtorek, 20 października 2015

Jeszcze raz SER Z ZIEMNIAKA, sprawdzona prosta BAZA z 3 składników

O "serze" z ziemniaków i płatków drożdżowych pisałam już raz TUTAJ.

Ten genialny pomysł trafił już do wielu garnków i zaskoczył i oczarował wiele osób, tak samo, jak i mnie od pierwszego zrobienia go.

Ciągle jednak równie wielu jest ludzi, którzy słyszą o tym cudzie po raz pierwszy i pytają, JAK TO ZROBIĆ?

Przepisów w internecie znajdziecie wiele, mniej lub bardziej podobnych, i oczywiście można próbować różnych, żeby znaleźć swój idealny ale czasem ktoś zdąży zniechęcić się do zrobienia go choć raz już na sam widok listy składników ;)

Ja sama pamiętam, że pierwszy raz o serze z ziemniaka czytałam dawno na nieistniejącym już blogu Matka Weganka i czymś, co sprawiło, że jednak zrezygnowałam z próby zrobienia go był taki składnik jak kefir sojowy na grzybku tybetańskim, z dopiskiem, że "koniecznie, nie da się niczym innym zastąpić".

Cóż, pomyślałam sobie, kefiru sojowego nie mam, bo grzybka tybetańskiego też nie mam i jakoś nie czułam pociągu do zdobycia i hodowania go, a skoro nie da się niczym innym zastąpić to trudno, z lekkim żalem ale odpuściłam sobie ten cholerny ser.

Wiele miesięcy później okazało się, że jednak można zrobić "ser" z ziemniaka bez grzybka i kefiru, choć oczywiście wierzę, że z takim dodatkiem zyskuje na jakości.

Wiem też jednak, że najczęściej najprostsze rozwiązania są najlepsze, bo najszybsze i najbardziej w zasięgu przeciętnego człowieka w przeciętnej polskiej kuchni i takich właśnie prostych recept ludzie poszukują.

Dlatego dzisiaj powiem Wam, co MOIM ZDANIEM jest najważniejsze w robieniu "sera" z ziemniaka, na podstawie wielu razy robienia go od czasu pierwszego wpisu o nim.

Najważniejsza sprawa - ziemniaki. 

Wiadomo, różne są ziemniaki, lepsze/gorsze w smaku, żółte, białe - one są bazą, więc warto wybrać naprawdę dobre, sprawdzone, o których wiemy, że same w sobie są smaczne, nawet bez niczego.

Gotujemy je w osolonej wodzie, dzięki czemu nie trzeba potem sypać dużo soli do samego sera (gdzieś widziałam przepis z dorzucaniem 2 łyżeczek soli do sera z 2 ziemniaków!).

Drugi najważniejszy składnik to delikatnie podsmażona/zeszklona na oleju cebula.
Wierzcie mi, bez cebuli, choćby dosypać do ziemniaków i pół paczki płatków drożdżowych, nie otrzyma się TEGO smaku, co najwyżej drożdże podane na zmiksowanych ziemniakach.

Specjalnie próbowaliśmy kiedyś robić ser najpierw bez cebuli i nawet dosypując coraz więcej drożdży, to nie było to.
W drugą stronę - skosztujcie kiedyś samych ziemniaków zblendowanych z tą podsmażoną cebulką, jeszcze bez płatków drożdżowych - już samo to połączenie ma genialny smak!

Trzecia sprawa do płatki drożdżowe. Wcale nie trzeba użyć ich w jakiejś ogromnej ilości, żeby otrzymać dobry "serowy" smak. U mnie proporcja mniej więcej to 1 duża łyżka płatków na 1 większego ziemniaka, oczywiście można sypnąć więcej ale nie trzeba, taka ilość spokojnie wystarcza.

Dobre płatki drożdżowe to na pewno te, wiadomo ;)
PŁATKI DROŻDŻOWE BEZ CUKRU Country Life 150g

No i jeszcze przyprawy.

"Zwykły" ser otrzymujemy od razu, tylko z tych 3 składników, posolonych ziemniaków, cebuli z patelni i płatków drożdżowych.

Można zrobić ser ziołowy, dodając ziół prowansalskich.
Można zrobić ser paprykowy, dodając sproszkowanej słodkiej papryki, przy okazji zyskując fajny kolor. Kolor można też podkręcić dodając odrobinę kurkumy.
Można dodać curry. Sosu sojowego, pieprzu, papryki ostrej.

Można dodać co się chce i co kto lubi, do tego służy dobra baza, żeby można było ją na wiele różnych sposobów bez szwanku modyfikować.

No i można dodać mojej ulubionej ostatnio papryki wędzonej ale wtedy uwaga - spokojnie można pominąć płatki drożdżowe, papryka wędzona tak bardzo dominuje smak, że raczej nic nie przebije się przez nią, szkoda marnować płatków. Bo właśnie - gdyby ktoś się zastanawiał, to nie od płatków ser się ciągnie, lecz same ziemniaki tak się zachowują zblendowane, drożdże dają tylko (i aż) ten serowy smak.

Pamiętam, jak wiele lat temu chciałam sobie ułatwić życie i zmiksować ziemniaki na kluski, zamiast je pognieść.
W efekcie miałam w garnku nieźle ciągnący się klej kartoflany i do dziś nie wiem czemu wtedy nie pomyślałam, że to prawie jak ser.

Być może dlatego, że wtedy jeszcze nie byłam weganką i jadłam sery żółte w tradycyjnym wydaniu, no i sami przyznacie teraz, jak ten weganizm otwiera oczy na nowe rozwiązania...

Olej - jeśli użyje się cebuli przygotowanej na oleju, nie ma potrzeby dodawania go jeszcze do składników. Oczywiście - można, ale jeśli ktoś nie lubi tłustego jedzenia, spokojnie może sobie ten element podarować. 10 łyżek oleju do 3 ziemniaków to pomyłka.

Marchewka - w wielu przepisach funkcjonuje jako dodatek dający fajny kolor.

Osobiście zrobiłam tak raz i natychmiast pożałowałam, ponieważ, jak się śmieję nieco złośliwie ;) mam chyba "niestety" za dobre marchewki, nie tylko o pomarańczowym kolorze ale i słodkie, smakujące marchwią, no... Pół małej cienkiej marchewki dodanej do 2 ziemniaków zepsuło mi ser, ponieważ wyszedł po prostu za słodki, na szczęście dał się uratować... papryką wędzoną :D

Jeśli ktoś lubi - marchew będzie ok, jeśli nie bardzo, odradzam, no chyba, że to marchew smakująca jak papier, to dla samego koloru można dodać i dwie.

Ostatnia sprawa - ziemniaki blendujemy GORĄCE, w przeciwnym wypadku zakleicie sobie blender, jeśli ciężko się miksuje, wystarczy dolać trochę ciepłej wody, chociaż ja nigdy niczego nie dolewam.

To chyba tyle, oczywiście zachęcam do eksperymentowania, dodawania swoich przypraw, uszlachetniania smaków ciekawymi dodatkami, szukania własnych najlepszych proporcji.
Pamiętajcie, że... TYTUŁ MOJEGO BLOGA ;)

Mam jednak nadzieję, że dla tych, którzy czują się skołowani mnogością różniących się jednak przepisów ten post będzie dobrą ściągą do tego, jak zacząć robić ser mając w domu tylko ziemniaki, cebulę, płatki drożdżowe i trochę przypraw, a nawet bez płatków, jeśli użyje się dominujących smak wędzonych czy ostrych składników.

A jeśli nie macie ani płatków drożdżowych, ani wędzonej papryki, zblendujcie sobie ugotowane posolone ziemniaki z cebulką z patelni - to już jest pyszne! ;)

Gotowy ser możecie użyć do wszystkiego - do pizzy, tostów, zapiekanek, jako dip do warzyw czy nachosów, do kanapek na zimno jak serka topionego, a nawet do wyjadania prosto z palca ;)

Pozdrawiam wszystkich serożerców i zachęcam do pisania w komentarzach, jak Wy robicie swoje niby "sery".

P.s Na dzisiejszych fotkach serowy sos z marchwią i papryką wędzoną.


poniedziałek, 19 października 2015

DROŻDŻOWE RACUCHY KUKURYDZIANE


Witam :)

Zrobiłam wczoraj na śniadanie racuchy, które pokazywałam już na blogu 
TUTAJ i TUTAJ 
ale tym razem trochę inaczej, 
bo z mąki głównie kukurydzianej.

Nie mając już żadnych mąk oprócz resztek zwykłej mąki pszennej 
(tak, tak, nawet ja czasem nie mam zbyt wiele w szafkach, brak czasu na zakupy i/lub brak głowy do myślenia o nich i człowiek ze zdziwieniem patrzy na puste pojemniki po tym wszystkim, co przecież "jeszcze wczoraj" tam było) ... i opakowania  KASZY KUKURYDZIANEJ (bio, Fresano 500g), zmieliłam sobie pół paczki kaszy na mąkę kukurydzianą i uczyniłam takie oto pyszne racuchy:


Jak to zrobić?

Zacząć od przygotowania zaczynu drożdżowego z:

- 1/4 kostki świeżych drożdży (czyli 25 gramów czyli 1 torebka 7g suchych, jeśli ktoś woli),
- 2 łyżeczek cukru trzcinowego,
- 1 kopiastej łyżki mąki pszennej,
- ciepłej wody do pełna w kubku 300 ml.

Mieszamy to wszystko dokładnie, przykrywamy i odstawiamy na chwilę, żeby drożdże zaczęły pracować. 

W tym czasie mielimy sobie elegancko kaszkę kukurydzianą na mąkę, wsypujemy do miski:

- 250 g mąki kukurydzianej,

-  jeszcze 1 duża kopiastą łyżkę mąki pszennej, bo akurat tyle zostało w pojemniku ;)

- szczyptę soli

- i nic więcej :) 

Dolewamy zawartość kubka z drożdżami, mieszamy wszystko dokładnie na ciasto o konsystencji gęstej śmietany (gdyby było za rzadkie, dosypać jeszcze trochę mąki), przykrywamy miskę i odstawiamy na bok.

Szykujemy patelnię, olej do smażenia (u mnie niezmiennie jest to OLEJ KOKOSOWY PURE (Coco Farm)), duży talerz do odkładania gotowych racuchów, talerze i sztućce na stół, jakieś konfitury do smarowania, kawę, itd. i kiedy to wszystko jest już gotowe, można zacząć smażyć.

Rozgrzewamy na patelni cienką warstwę oleju, na dobrze rozgrzany tłuszcz kładziemy łyżką 4 placki ciasta, po chwili przewracamy wszystkie na drugą stronę i po kolejnej chwili ściągamy z patelni.

Pożeramy 1 placek jeszcze gorący, żeby sprawdzić, że wyszło pysznie, smażymy resztę (spokojnie można na suchej patelni), smarujemy konfiturami, popijamy kawką, zachwycamy się kolejnym banalnym, ale jakże udanym wegańskim śniadaniem oraz myślą, że zrobić coś z niczego to wcale nie taka trudna sztuka, wystarczy trochę pomyśleć i nie bać się próbować.

Będziemy takie powtarzać i Wam polecam szczerze, no i ... do następnego, SMACZNEGO :)