Znajdź na blogu...

czwartek, 10 września 2015

Wegański PLACEK PO WĘGIERSKU

Idzie zima.
No dobra, najpierw jesień ale zimnooooo już.

Najlepsze jedzenie na takie dni to wszelkie gulasze, ciepłe kasze, pieczone warzywa, no i gorące placki ziemniaczane :) 
Od czasu do czasu chce mi się takie placki trochę podrasować i wtedy mamy placek po węgiersku, oczywiście w wersji vegan.

Podstawowy przepis na placki bez jajek znajdziecie tutaj.
Żeby duży placek nie łamał się na patelni część ziemniaków ścieram tak samo na dużych oczkach, a część (powiedzmy 1/3) blenduję na papkę i mieszam wszystko razem, wtedy jest idealny.

Zamiast mięsnego gulaszu do środka świetnie pasują pieczarki podsmażane z cebulką, do tego obowiązkowo czerwona papryka, no i oczywiście przyprawy - papryka w proszku, pieprz, czosnek, sól. 

Można dodać jeszcze kotlety sojowe pokrojone w kostkę, przygotowane wcześniej w ten sposób, ale bez nich placek też jest dobrze napakowany i również pyszny.



Tradycyjną śmietanę od lat zastępujemy "śmietaną" ze słonecznika, na którą przepis znajdziecie tutaj. Część takiej śmietany mieszam z gulaszem, reszta służy do oblania placków z góry. Do tego ogóreczki na zagryzkę, posolone pomidorki i w zasadzie to już wszystko, czego trzeba do zrobienia takich oto wspaniałych placków po wegańsko-węgiersku :) SMACZNEGO!


piątek, 28 sierpnia 2015

KONKURS!!! Do wygrania OLEJ KOKOSOWY Coco Farm

Dzisiaj szybki konkursik, dla użytkowników Facebooka :)

Do wygrania olej kokosowy Coco Farm, bardzo dobrej jakości.

Król wśród olejów
Olej kokosowy (masło kokosowe, tłuszcz kokosowy) to olej otrzymywany poprzez tłoczenie świeżego miąższu lub kopry (wysuszony miąższ). W postaci płynnej jest lekko żółty.
W temperaturze poniżej 25°C przybiera wygląd przypominający ścięty, biały tłuszcz, stąd nazywany jest także masłem kokosowym.
Olej kokosowy jest wyśmienity jako uniwersalny olej jadalny. Ze względu na bardzo wysoką temperaturę dymienia znakomicie nadaje się do smażenia w wysokich temperaturach. Praktycznie nie zawiera utleniających się kwasów tłuszczowych, co sprawia, że jest bardzo stabilny podczas smażenia. Dzięki temu jest o wiele zdrowszy od większości popularnych olejów, które nie powinny być podgrzewane do wysokich temperatur, gdyż powstają wtedy substancje szkodliwe dla zdrowia. W przeciwieństwie do wielonienasyconych olejów, które łatwo łącząc się z tlenem w powietrzu  jełczeją, olej kokosowy ma naturalną odporność na utlenianie.
Oprócz walorów kulinarnych może być stosowany również w kosmetyce i pielęgnacji ciała. Pomaga utrzymać zdrową skórę i młodzieńczy wygląd.

Olej kokosowy Coco Farm podczas smażenia osiąga blisko dwukrotnie wyższą temperaturę, niż popularne oleje. Wpływa to pozytywnie na jakość potraw. Wyższa temperatura zapewnia bezpieczniejsze i bardziej wartościowe smażenie i pieczenie.
Olej kokosowy 100% Pure ze względu na brak zapachu doskonale sprawdza się w kuchni, zarówno egzotycznej, jak i polskiej. Dzięki stałej konsystencji może zastępować masło do smarowania pieczywa.

JAK WYGRAĆ OLEJ? 
SPRAWDŹCIE NA STRONIE FB MOJEGO SKLEPU, ZAPRASZAM I POZDRAWIAM SERDECZNIE! https://www.facebook.com/sunskleppl

wtorek, 18 sierpnia 2015

Dlaczego weganizm? cz.4 "To, co jem, jest dla mnie ważne"


Witajcie :)

Dzisiaj nie będzie żadnego przepisu, dziś zapraszam Was na stronę bloga koleżanki, która prowadzi u siebie cykl swego rodzaju rozmów na temat: "To, co jem, jest dla mnie ważne.".

Ja również miałam przyjemność wypowiedzieć się w jednej z części, więc zapraszam Was tutaj: The Secret of Healing, a przy okazji polecam w ogóle cały blog, pisany przez młodą, ale jakże pełną pasji dziewczynę.

Pozdrawiam Was serdecznie, Sylwia

P.s. MANGO w pięknej misie wykonanej ręcznie przez Splotki z odzysku, również polecam gorąco!


niedziela, 9 sierpnia 2015

TOFU na wiele sposobów + nowe tofu BIO POLSOJA


Dużo słodyczy było ostatnio, więc teraz dla odmiany tzw. konkret.

Pisać o tym miałam już wieki temu ale ciągle jakoś się nie składało...

Bohaterem wpisu jest TOFU, a konkretnie tofu Polsoja, którego używam zawsze, kiedy przyjdzie nam ochota na coś z tofu właśnie.


Dla niewtajemniczonych - co to w ogóle jest tofu? Ano jest to taki "twarożek" sojowy, wyrabiany z mleka sojowego, bardzo popularny w Chinach i Japonii jako bogate źródło białka.
W Polsce świetnie znane głównie w środowiskach wegan i wegetarian, ale coraz częściej można je spotkać w tzw. zwykłych sklepach, a ostatnio, podobnie jak rok temu, w ramach akcji promocyjnej w biedronce.

Generalnie nie przepadam za soją i nie używam jej w jakichś zastraszających ilościach ale dobre tofu nie jest złe i właśnie o tym będzie dzisiaj.

Po pierwsze - ze zwykłej kostki tofu naturalnego można zrobić smaczne kotleciki w panierce albo bez, a cała filozofia zrobienia ich to pokrojenie na plastry, zlanie sosem sojowym LUB posypanie solą, obtoczenie w bułce tartej ALBO NIE i usmażenie na oleju na złocisty kolor, dosłownie chwilkę z każdej strony.

Osobiście kroję taką kostkę na pół, a potem każdą połówkę na 3 plastry, więc z kostki 200g mam 6 kotlecików, na jeden obiad zużywam 2 kostki. Idealny dodatek do frytek i sałatki (zamiast tradycyjnego zestawu: schabowy z frytkami i surówką) albo np. do takich kluseczek (prehistoryczny wpis na blogu).


Dokładnie takie same kotleciki z tofu można włożyć do burgera zamiast kotletów z kaszy czy sojowych; do tego sałata lodowa, pomidory, chrupiąca papryka + ketchup i musztarda i ekspresowy wege burger gotowy.

Jeśli ktoś pamięta z dzieciństwa kanapki z zimnym kotletem w środku, ta opcja jest znacznie lepsza z użyciem kotleta z tofu :)



Blendując kostkę tofu wędzonego można zrobić świetną pastę a'la pasta z wędzonej makreli.

Takie tofu jest zresztą super smaczne samo w sobie, wystarczy pokroić je w plasterki i objadać się podobnie, jak serem wędzonym, z chlebem i towarzystwem równie dobrze, jak i bez ;)


No i z zupełnie z innej beczki, na słodko, w ubiegłym roku pokazywałam Wam serki z tofu owocowe.

Do zestawu polecam jeszcze tofu z nektarynkami (kostka tofu naturalnego + 2 nektarynki) oraz z mango (z mango zresztą jest dobre WSZYSTKO ;)).


Na koniec recenzja + jeszcze jedna opcja z użyciem tofu.

Dostałam jakiś czas temu od firmy Polsoja nowe tofu do wypróbowania, z linii BIO, 5 smaków.
Muszę powiedzieć szczerze, nie protestowałam za bardzo przeciwko tej propozycji ;) bo polsojowe tofu i kiełbaski bardzo lubię, więc z chęcią skosztowałam nowych produktów.

Nie mam własnych zdjęć każdej kostki z osobna, miałam naprawdę za dużo zajęć na raz, żeby zdążyć z aparatem przed jedzeniem ;) ale świetne zdjęcia i recenzję zrobiła koleżanka z bloga Food Porn, Vegan Style, więc tam możecie sobie podejrzeć i przy okazji zainspirować się świetnymi przepisami.

Ja z kolei pokażę Wam jeszcze danie obiado/kolacyjne z wykorzystaniem BIO TOFU Z POMIDORAMI I BAZYLIĄ. Poza tym, że bardzo dobrze smakuje samo w sobie i naprawdę nic nie trzeba z nim robić, żeby od razu zjeść, świetnie odnalazło się w super szybkim spaghetti z tym tofu właśnie.

Wystarczy w czasie gotowania wody na makaron zacząć robić ekspresowy i przepyszny sos z soku pomidorowego (by biedronka, najsmaczniejszy sok pomidorowy jak dla mnie) czyli:

- wlać karton soku do głębokiej patelni, postawić na średnim ogniu, dosypać trochę pieprzu, wycisnąć ząbek czosnku albo 2, dodać łyżkę suszonej bazylii i zostawić, żeby sos zgęstniał
(czasem dosypuję jeszcze pół szklanki słonecznika, który mięknie, rozpada się i świetnie zagęszcza sos, jednak tym razem dodatkiem białkowym miało być tofu),

- na koniec dodać łyżkę oleju kokosowego albo oliwy z oliwek i sos gotowy.

Kiedy makaron już ugotowany, wystarczy pokrojone wcześniej w kostkę tofu dodać do sosu i lekko przemieszać, całość dopełnić świeżymi listkami bazylii i mamy naprawdę dobre, lekkie danie, w sam raz na gorące dni (bez długiego gotowania).

Z tym tofu zrobiłam jeszcze makaron tagliatelle szpinakowe ze szpinakiem właśnie, pomidorami i bazylią, z samym tofu nie robiąc nic poza wymieszaniem pokrojonych wcześniej kostek z ciepłym szpinakiem i pomidorami na patelni, tylko dla uzyskania jednolitej temperatury.



Pozostałe smaki BIO TOFU POLSOJA to:

- tofu ziołowe, z tymiankiem, majerankiem, oregano i cząbrem, idealnie nadaje się do kanapek w postaci plasterków albo pasty, nie wymaga doprawiania i co dla mnie ważne, nie ma narzucającego się smaku soi (jak zresztą wszystkie produkty z tej linii), podobnie jak bazyliowe fajnie komponuje się z makaronami (można np. w formie przekąski nafaszerować taką pastą duże muszle conchiglioni);

- tofu naturalne - w większym opakowaniu, niż tradycyjnego produktu (250g), z soi z upraw ekologicznych, z certyfikatem NON GMO; również delikatniejsze w smaku, więc dobra baza do kręcenia słodkich serków albo do wykorzystania w zastępstwie mozzarelli w pomidorach z solą, czosnkiem, oliwą z oliwek i bazylią:

- tofu wędzone - idealne w smaku jak dla mnie, nie za słone, nie za mało słone, dobrze blenduje się na aksamitną pastę, nie trzeba nic dodawać;

- tofu wędzone marynowane w sosie tamari - mój faworyt, zjadłam całą kostkę na raz bez niczego, po prostu krojąc i jedząc i uważam, że szkoda je psuć poddając jakiejkolwiek obróbce termicznej.

Jeszcze żadne tofu nie smakowało mi tak bardzo, jak to właśnie w sosie tamari, więc polecam szczerze osobom, które do tofu mają dystans albo są spragnione po prostu nowych smaków.

Mam nadzieję, że ten wpis przyda się osobom, które jeśli już nawet wiedzą, co to tofu jest, to jeszcze nie zawsze mają pomysł, co pysznego można z niego zrobić... SMACZNEGO! :)









niedziela, 26 lipca 2015

KRÓLEWSKIE ŚNIADANIE - RACUCHY Z OWOCAMI I SOSEM CZEKOLADOWYM

Dawno nie było nic o śniadaniach, a to przecież najważniejszy posiłek dnia.

Przeglądając zdjęcia natknęłam się na przegapione fotki z czerwca, jeszcze z truskawkami, więc nie ma na co czekać, trzeba przypomnieć stary wpis O RACUCHACH, oczywiście bez jajek.

Przeczytajcie sobie na spokojnie, co i jak trzeba zrobić (jak zwykle u mnie niewiele), a tutaj dodam jeszcze tak:

- racuszki można spokojnie "smażyć" bez tłuszczu, na przesmarowanej tylko raz patelni, będą wtedy miękkie i delikatne, dla dzieci (i nie tylko!) idealne;

- zamiast jabłek w wersji letniej wykorzystujemy sezonowe owoce,
w czerwcu były to truskawki, teraz wspaniałe będą maliny czy jagody, a tak naprawdę pełna dowolność, tyle że NIE WCISKAMY OWOCÓW DO CIASTA NA PATELNI, a jedynie dokładamy je do racuchów już na talerzu;

- całość polewamy najlepszym sosem czekoladowym, o którym pisałam tutaj, a który króluje w naszej kuchni od dnia, w którym powstał w niej po raz pierwszy;

- kropką nad "i" w tym królewskim śniadaniu są chrupiące płatki migdałowe (nieprażone) albo, jeśli wolicie kokos, chipsy kokosowe (prażone lub nie);

- i żeby było całkiem pięknie, dołóżcie jeszcze listki mięty do dekoracji, której mnie wtedy zabrakło, do tego kawusia i... z takim starterem wolny poranek można zaczynać :)




środa, 22 lipca 2015

LODY ANANASOWE 100%

Po śniadaniu 1 małego, MOCNO DOJRZAŁEGO, słodkiego i soczystego ananasa blendujemy.

Rozlewamy do foremek, mrozimy.

Po obiedzie wyciągamy lody z foremek i słuchamy pomruków zadowolenia wydawanych przez domowników, niezależnie od ich wieku.

Weganizm jest prosty, a przy tym jaki smaczny! :)






piątek, 17 lipca 2015

Wegański TORT Z KREMEM w kilku wersjach + mały poradnik JAK W OGÓLE ZROBIĆ TORT + tzw. biszkopt Matki Weganki + bezglutenowy TORCIK BEZ PIECZENIA


Dzisiejszy wpis "chodził" za mną od co najmniej roku, a że pewna społeczność nieźle zmobilizowała mnie wczoraj do popełnienia go, nareszcie powstał - mój własny, osobisty POMOCNIK TORTOWY :)

O tym, że istnieje potrzeba pisania takich "poradników" przekonałam się na własnej skórze, bo kiedy przeszliśmy rodzinnie na weganizm okazało się, że kwestia "jak zrobić biszkopt bez jajek" potrafi zabić człowiekowi niezłego klina...

Przygotowanie pierwszego wegańskiego tortu przypadło na roczek mojej młodszej Córki. Najłatwiej byłoby kupić gotowy ale gotowy wegański tort? W moim mieście? Pozostało przekopywanie internetów i szukanie czegoś, co by się nadawało...

Jako że u nas wygląda to zawsze tak, że w dzień urodzin jest tylko imprezka kameralna w naszym ścisłym domowym gronie, a dopiero potem jest duża impreza rodzinna, pierwsze wegańskie torty musiały być od razu dwa.


Tort nr 1, a właściwie torcik, był typowym torcikiem BEZ PIECZENIA, bez jakiejkolwiek mąki, cukru i różnych takich, naturalnie słodki, łatwy w przygotowaniu i naprawdę smaczny tort marchewkowo-figowy na bazie kaszy jaglanej, idealny dla rocznego dziecka.

Przepis znalazłam tutaj, deser po kilku godzinach w lodówce trzymał fason świetnie i polecam go naprawdę szczerze, nie tylko roczniakom :)


Tort nr 2 był dla odmiany mega-tortem z prawdziwego zdarzenia, z przepisu Olgi Smile, konkretnie tego, obłędnie czekoladowo-pomarańczowy, chociaż trzeba przyznać, że nieco "ciężki", tort, którego nie da rady zjeść więcej, niż jeden kawałek, a i ten jeden wystarcza za deser i prawie kolację.

Gości było dużo, więc ciasta potrzebowałam 2 sztuki, narobiłam się przy nich okrutnie, ale efekt był faktycznie powalający! Jedyne co zmieniłam w stosunku do oryginalnego przepisu to użyłam gotowego kremu czekoladowego z Rossmanna zamiast czekolady i masła orzechowego, o czym zresztą można przeczytać w komentarzach pod tortem Olgi :) Tort dobrze się trzymał, dojadaliśmy resztki przez tydzień i nic się nie psuło, jedyne, przed czym ostrzegam, to blendowanie - nie zabierajcie się za ten krem nie mając porządnego blendera, który nie uciągnie ciężkiej masy. Ja robiłam go z Vitamixem, a i tak musiała być przerwa na przestygnięcie silnika. Zdjęć niestety brak, przepadły bezpowrotnie wraz ze śmiercią poprzedniego lapka... (Z tego samego powodu zresztą nie mam wielu innych zdjęć, dlatego dziś dużo napiszę ale dużo nie pokażę).

Po takich doświadczeniach postanowiłam, że muszę znaleźć alternatywę dla tradycyjnego biszkoptu tortowego, bo nie wyobrażałam sobie przy każdej kolejnej okazji siedzieć 12 godzin w kuchni przy robieniu tortów-nie tortów ;) Wcześniej robiłam zawsze normalne torty: biszkopt + krem, wg przepisu i instrukcji mojej Babci, robiącej najlepsze torty na świecie, i naprawdę żal mi było, że już nigdy więcej takich nie zrobię...

Objawieniem okazał się tort Matki Weganki (z nie istniejącego już niestety bloga, na szczęście przepis zachowałam w formie papierowej), który za pierwszym razem wyszedł mi tak dobrze, że od tej pory nie kombinowałam już z innymi. W oryginale tort był przekładany śmietaną kokosową i owocami, ja zrobiłam w ciągu kilku imprez kilka innych, różnych wersji, za każdym razem jednak bazą był ten sam "biszkopt". Napisałam "biszkopt" w cudzysłowie, bo prawdziwy biszkopt to ciasto na bazie jaj, pozwolicie jednak, że dalej będę pisała już normalnie?

Więc wegański biszkopt wg Matki Weganki (z moimi uwagami w nawiasach) robi się tak:

- 2 szklanki mąki pszennej
(można użyć pełnoziarnistej ale ciasto będzie ciemniejsze i nie wyrośnie zbyt wysoko,
do tortów najlepsza jest jednak najzwyklejsza mąka tortowa)

- 2 łyżeczki proszku do pieczenia

- 1 szklanka cukru (ja daję zawsze max 3/4 szklanki)
(można użyć brązowego, z jego powodu ciasto też wyjdzie ciemniejsze ale inaczej, niż od mąki, bardziej karmelowo, czasem jest to pożądane dla lepszego kontrastu z jasnym kremem)

- szczypta soli (sprawia, że smak słodki jest bardziej słodki)

- 1 torebka cukru waniliowego
(ostatnio zamiast niego użyłam samej WANILII, ciasto pachniało i smakowało obłędnie 
i teraz już na pewno będę robić tylko w tej wersji)

- 1/2 szklanki oleju

wymieszać. Do tego dodać:

- 1 szklankę mleka roślinnego (moim zdaniem ryżowe lepsze, niż sojowe),

z rozpuszczoną w nim:

- 1 łyżeczką sody oczyszczonej oraz
- 2 łyżkami soku z cytryny.

Całość szybko wymieszać, wlać do formy i piec około 45 minut w 180 stopniach
 (bo oczywiście cały proces należy zacząć od nagrzania piekarnika :)).


W ten sam sposób można zrobić biszkopt brązowy, dodając po prostu 2 łyżki kakao.

I teraz - garść przydatnych być może informacji.

Pierwsza sprawa - czym różni się soda od proszku do pieczenia i dlaczego czasem daje się jedno i drugie razem? Świetne wyjaśnienie znalazłam kiedyś tutaj. W naszym konkretnym przypadku trzeba pamiętać o tym, że soda wchodzi w reakcję z cytryną od razu po połączeniu w mleku, dlatego robi się to na końcu i wymieszane ciasto należy natychmiast włożyć do piekarnika.

Druga sprawa - jeśli zdarzy się, że ciasto popęka z wierzchu lub zrobi się górka, nie przejmujcie się, w kolejnych krokach będziemy robić z tym porządek :)

Trzecia sprawa - a właściwie najpierwsza - tzw. biszkopt pieczemy przynajmniej 1 dzień a najlepiej 2 dni wcześniej, niż potrzebujemy tort. Upieczone ciasto zostawiamy w formie do całkowitego ostygnięcia i im więcej czasu będzie na to, tym lepiej (czytaj: tym większa szansa, że biszkopt nie rozwali się przy krojeniu go na blaty).  

No i właśnie, blaty. Dużo zależy od tego, w jaki sposób wyrośnie ciasto (a to zależy m.in. od mąki). Jeśli wyjdzie ładne wysokie i równe, spokojnie da się przekroić na 3 blaty. Jeśli z jakiegoś powodu zrobi się ta nieszczęsna górka, nie ma co się przejmować, blaty będą 2, a ścięta górka drobno pokruszona posłuży za wykończenie boków tortu. 

Można też ewentualnie upiec 2 ciasta i każde przekroić na pół, tort będzie wtedy bardzo wysoki. W takim przypadku pamiętajcie jednak o takim "drobiazgu" jak ścięcie "skórki" z blatów, które będą w środku czyli np. dolna połówka pierwszego biszkoptu idzie na sam dół tortu, drugiej połówce ścinamy wierzchnią "skórkę" i to będzie drugi blat, z drugiego ciasta z górnej połówki też ścinamy "skórkę" i to będzie 3 blat i ostatnia część (czyli dolna połowa drugiego biszkoptu) odwrócona do góry nogami będzie zamykającym tort blatem.

Do pięknego krojenia blatów tortowych służy taki przyrząd jak struna do tortów, której oczywiście w mojej prostej kuchni nie mam ;) Jakoś sobie radzę zwykłym dużym nożem, tym samym, którym kroję chleb i w ogóle wszystko inne. Praktyka czyni mistrza ale nawet jeśli blaty nie wyjdą Wam mistrzowsko równe to co? Ktoś odmówi zjedzenia ciasta? Nie przejmujcie się za bardzo, ot co. Albo zaopatrzcie się najpierw w strunę, jeśli wolicie.

Będąc przy blatach powiem od razu o nasączaniu ciasta.
Czy to robić czy nie robić trzeba ocenić uwzględniając "wypełnienie" tortu. 
Jeśli tort będzie przekładany zwykłym, zwartym kremem, warto nasączyć każdy blat przed posmarowaniem, żeby ciasto nie było za suche, czyli stosujemy schemat: blat, nasączenie, krem, blat, nasączenie, krem, itd. 
Jeśli krem będzie lekko wilgotny i jeszcze przekładany owocami, nasączanie blatów lepiej sobie podarować, żeby tort nie zmienił się w mokrego gniota.

Do nasączania blatów tradycyjnie używa się wody z cukrem i kieliszkiem wódki, jednak ze względu na jedzące je zazwyczaj dzieci lepiej użyć np. wody z cukrem i sokiem z pomarańczy albo cytryny. Ważne naprawdę, żeby nie zalać biszkoptu, dolny blat najlepiej nasączyć nieco mniej, niż pozostałe, ponieważ wilgoć z całego tortu i tak będzie ciągnąć w dół. 
No i właśnie, co z tymi kremami. 

Osobiście przekładałam torty już w różny sposób, starając się dopasowywać je do okoliczności, i mogę podpowiedzieć Wam kilka wersji, trafiających w większość gustów:

1. Tort z kremem z nerkowców, lekko usztywnionym agarem (taki trochę serek), dla równowagi "nadzianym" pokrojoną w plasterki "Mieszanką Krakowską". Dzięki lekko kwaskowej galaretce tort nie był mdły, no a zachwyt dzieci taką niespodzianką w cieście - bezcenny! Blaty jak najbardziej nasączone, "ponczem" bezalkoholowym czyli wodą z cukrem i cytryną, tort wykończony opłatkiem z nadrukiem, boki obsypane wiórkami kokosowymi.

Nerkowców już nie używam ale kolorowa galaretka pokrojona w plasterki i lekko powciskana w krem to patent mojej Babci, który szczerze polecam do tortów nie tylko dziecięcych :)

2. Tort "Mon Cheri" - czekoladowe blaty smarowane konfiturą wiśniową razem z wiśniami (tak konkretnie, na jeden blat jeden słoiczek i w tym przypadku nasączanie niepotrzebne) i jeszcze cienką warstwą gorzkiego kremu czekoladowego. Góra wykończona wiśniami i całość oblana czekoladą, czyli coś, co uwielbiam ja!

3. Tort z marcepanem - również czekoladowe blaty przesmarowane lekko powidłami śliwkowymi i przekładane masą marcepanową homemade (obrane migdały zmielone z cukrem i likierem amaretto) czyli coś, co najbardziej lubi M. (marcepan).

4. Torty z kremami na margarynie i o tym będzie ostatnia część tej niekończącej się opowieści...


Kremy tortowe na margarynie robiła moja Babcia i takie też robiłam ja, jeszcze za niewegańskich czasów, tak, jak mnie nauczyła.

Margarynę ucierało się po prostu z cukrem pudrem, a potem można było dodać do niego:

1. Kakao, żeby mieć brązowy krem do jasnych biszkoptów albo

2. Drobno posiekane orzechy włoskie, którymi na koniec obsypywało się jeszcze boki tortu (super opcja! polecam)

albo poukładać na nim właśnie tę wspomnianą wyżej, pokrojoną w plasterki kolorową galaretkę w czekoladzie.


Mając dostęp do wegańskiej margaryny zweganizować taki krem to banał - miksujemy 2 kostki Alsana (250 g) z 2 szklankami cukru pudru (2 x 200 g) i już -, natomiast moją modyfikacją jest dodanie do kremu owoców.
Do tej pory wypróbowałam trzy wersje i wszystkie uważam za udane:


1. Krem malinowy - mix z koszyczkiem malin, w krem na torcie powkładane całe maliny i borówki amerykańskie

2. Krem mandarynkowy - mix z 12 mandarynkami, w krem powkładane cząstki mandarynek

3. Krem nektarynkowy - mix z 10 nektarynkami, w krem powkładane plastry nektarynek.

Na pewno sprawdzę jeszcze inne opcje, tylko niewiele mam czasu na takie zabawy niestety...

Uwagi do wykonania kremu:

1. Margarynę kilka godzin wcześniej należy wyjąć z lodówki i zostawić, żeby zmiękła.

2. Miksować koniecznie z cukrem PUDREM, żeby kryształki cukru nie chrupały w zębach ;)

3. Miksować delikatnie na wolnych obrotach, żeby krem się nie zwarzył.

4. Owoce dodawać stopniowo, żeby nie zrobiła się mokra ciapa; różne są wielkości owoców, różny stopień ich dojrzałości, więc jeśli mnie wyszło 10 nektarynek, innej osobie może wystarczyć 8, a jeszcze inna będzie potrzebowała 2 sztuki więcej; najlepiej dać najpierw połowę, a potem dodawać i kosztować, do uzyskania pożądanego smaku.

Gotowy krem jest miękki i puszysty ale nie bójcie się, tort nie będzie się rozwalał, po kilku godzinach w lodówce margaryna na powrót stężeje i wszystko będzie ok (dzięki owocom nie będzie z kolei zbyt twarda). Używając takiego kremu i dodatkowo owoców do przekładania już nie musimy nasączać blatów, ciasto będzie idealnie wilgotne bez tego.

Jeśli ktoś robi taki tort po raz pierwszy pewnie zastanowi się przez chwilę z nożem w ręku, ile tego kremu w ogóle posmarować? :) Moja podpowiedź: podziel sobie cały krem na 3 talerze, 1 część idzie na pierwszy blat, 2 na drugi, 3 na górę i boki tortu, koniec problemu.

W przypadku robienia tortu 2-blatowego, jak ja ostatnio (właśnie z powodu górki, która niespodziewanie wyrosła mi w formie), trzecia część kremu zostaje do posmarowania innego ciasta albo naleśników na śniadanie (naleśnik przesmarowany kremem i nafaszerowany owocami, dobre). Można zrobić od razu mniej kremu ale mnie nie chciało się kombinować z proporcjami.

Korzyść z takiej górki wspomniałam już gdzieś wyżej, ścięte ciasto kruszymy drobno i mamy super boki tortu, zamiast wiórków kokosowych czy orzechów.

Żeby okruszki, orzechy lub wiórki trzymały się tortu, trzeba cały dookoła wysmarować kremem ale niezbyt grubo, taki wyrównujący i zamykający dziury podkład.

Na małych zdjęciach pokazałam jak wszystko mniej więcej wygląda krok po kroku, fotki były robione w czasie robienia tortu (w dniu imprezy rano), tak że wybaczcie ich pospieszność... Chodziło mi przede wszystkim o pokazanie, że to nie musi być wszystko idealnie posmarowane i poukładane, żeby ostateczny efekt zadowolił gości.

Krem stężeje i nie będzie widać fałdek, owoce i tak będą pokrojone, więc nie muszą być identycznych rozmiarów, a siedzący obok siebie goście na pewno nie będą porównywać sowich kawałków, czy są idealnie równej grubości. Najważniejsze, żeby wszystko było ŚWIEŻE, smaczne i ładne, a na pewno zostaną nam wybaczone drobne niedociągnięcia kosmetyczne, w końcu nie jesteśmy pracownią tortów ;)

Ostatnia sprawa to wykończenie tortu.

Bezpośrednio na krem na samej górze układamy owoce albo całość razem z bokami obsypujemy posiekanymi orzechami lub wiórkami kokosowymi, na górze można wtedy ułożyć jakieś dekoracje z kolorowych opłatków albo wylać esy-floresy cienka strużką czekolady, grunt, żeby nie namieszać za dużo i żeby całość była harmonijna.

Mój ostatni tort to biszkopt pieczony z wanilią i brązowym cukrem trzcinowym, krem nektarynkowy z ułożonymi na nim dodatkowymi nektarynkami, wykończony malinami i borówkami amerykańskimi, boki obsypane okruszkami ciasta. Podobno był to najlepszy tort z wszystkich, jakie zrobiłam, dlatego nareszcie zdobyłam się na odwagę, żeby Wam coś takiego pokazać...



Mam nadzieję, że mój dzisiejszy wpis będzie dla Was pomocą przy robieniu pierwszych wegańskich tortów, że ta strona będzie otwarta w Waszych komputerach, telefonach i tabletach, kiedy będą powstawały imprezowe ciacha w Waszych kuchniach.

Jestem pewna, że kiedy się rozkręcicie poczujecie, że na tej bazie możecie zrobić wszystko, co tylko przyjdzie Wam do głowy, bo w końcu... wszystko jest w głowie :) Pozdrawiam ciepło!

Sylwia

P.s. Muszę dodać koniecznie jeszcze 2 uwagi.

Pierwsza - nie miejcie obaw o smak kremu na margarynie, to nie ma nic wspólnego z ordynarnym smakiem zwykłej margaryny, jaki być może niektórzy pamiętają.
Margaryna utarta z cukrem i schłodzona smakuje naprawdę świetnie, cukru można dać mniej lub więcej, wg uznania. Dodatek owoców zmienia ten krem w coś, o co wszyscy goście pytają: "z czego jest ten krem??" i wszyscy zdziwieni, że z margaryny.

Druga sprawa - margaryny wegańskie.
Mniej doświadczonym osobom wydawać może się dziwna kwestia wegańskości lub nie margaryny, która przecież z założenia jest tłuszczem roślinnym. Niestety do większości margaryn dodawana jest witamina D3, która pochodzi jak najbardziej od zwierząt,  a nawet jeśli nie ma w składzie tej witaminy, to z pewnością jest w nim coś takiego jak monoglicerydy kwasów tłuszczowych, które w zwykłych produktach również są pochodzenia zwierzęcego. Tak więc w przeciętnym polskim sklepie margaryny wegańskiej nie kupicie.

W mniej przeciętnym oraz w internecie znajdziecie np. margarynę ALSAN, która skład ma taki:

- olej rzepakowy, olej palmowy, woda, emulgatory roślinne E471 + E472c, naturalny aromat, regulator kwasowości: kwas cytrynowy, witaminy E i A, barwnik: karoten

i nadaje się zarówno do pieczenia, smażenia, jak i smarowania pieczywa, choć ja osobiście używam margaryny tylko i wyłącznie do tego jednego celu, jaki opisałam powyżej.

W razie jakichkolwiek jeszcze pytań czy wątpliwości służę pomocą, na razie to chyba naprawdę już wszystko :)

wtorek, 9 czerwca 2015

Wegański "SER" / SOS SEROWY Z ZIEMNIAKÓW I PŁATKÓW DROŻDŻOWYCH - do pizzy, szparagów, nachosów i innych zapiekanek :)

Miało być o tofu, ale brakuje mi zdjęć jeszcze jednego dania, więc na razie coś innego.

Na pizzę przepis już znacie, robimy ją cały czas tak samo, jak TUTAJ, bez sera.

Zamiast sera do tej pory nie kombinowaliśmy z niczym, bo nie było takiej potrzeby,
smakowało nam wystarczająco super bez niego, więc po prostu pomijaliśmy go i tyle.

No ale czasem człowiek, a zwłaszcza mój lubiący porządzić w kuchni Maż, ma ochotę na coś innego, i wtedy idzie, patrzy w szafki, coś tam sprawdza w necie, miesza w miskach i chwilę potem stoimy przed szybką piekarnika i śmiejemy się jak ten przysłowiowy głupi do sera, tyle że do "sera" z ziemniaków :D

Przepis można znaleźć na wielu różnych blogach, każdy oczywiście robi coś tam inaczej, różne składniki i proporcje, u nas wyglądało to tak:

- 3 duże ziemniaki (młode więc pyszne same w sobie) zostały ugotowane z odrobiną soli,
- 1 cebula zeszklona na łyżce oleju (w użyciu niezmiennie TEN),
- i jedno z drugim zblendowane z dodatkiem NIEAKTYWNYCH PŁATKÓW DROŻDŻOWYCH.

Płatków daliśmy około 3 dużych łyżek (czyli powiedzmy 1 łyżka płatków na 1 ziemniaka) ale nie trzeba ściśle trzymać się tej proporcji - im więcej płatków, tym lepszy, serowy smak ale można dać też mniej i nic się nie stanie, kwestia gustu. Z podanej ilości wyszło nam 400 ml gęstego sosu, w razie potrzeby można go lekko rozcieńczyć, miksując z wodą.

Gotowy sos "serowy" wylewamy na pizzę dopiero, kiedy jest już podpieczona (żeby za bardzo się nie przypalił), a efekt końcowy widać na zdjęciach :)


Nie bylibyśmy nami, gdybyśmy dzisiaj nie zrobili czegoś z tym nowym smakiem znowu, tym razem padło na szparagi, które oblane gęstym sosem mogą spokojnie pretendować do miana podwójnie afrodyzjakalnych ;)

O gotowaniu szparagów było już TUTAJ, teraz jest sezon, więc korzystajcie.

Sos jest gęsty, lekko ciągnący się (kto blendował kiedyś ziemniaki ten wie, że tak właśnie się zachowują), płatki drożdżowe dają serowy posmak, a cebulka doskonale go podkreśla.

Z wyglądu, smaku i klejenia się do zębów kojarzy mi się z sosem serowym robionym niegdyś z serków topionych (ło matko!)
- idealny do nachosów, zapiekanek, warzyw, zupy cebulowej, itd.


Same płatki drożdżowe są super również do posypywania spaghetti i innych dań makaronowo-warzywnych, fajnie podrasowują smak, a przy okazji mamy strzał witamin z grupy B, więc naprawdę polecam mieć je w kuchni.

Życzę wszystkim smacznego, a kto nie ma płatków drożdżowych, niech wpada na zakupy :)